wz
 
 
 
Dzieje Zaolzia   Historie Těšínského Slezska
Zachodnia część Księstwa Cieszyńskiego
Západní částTěšínského knížectví
1938

W połowie lat 30. wśród 3-milionowej mniejszości niemieckiej w Czechosłowacji dominującą pozycję uzyskała sterowana, a następnie jawnie popierana przez Berlin Partia Niemców Sudeckich, która po Anschlussie Austrii przez III Rzeszę w marcu 1938 coraz głośniej zaczęła domagać się autonomii, dążąc do wywołania kryzysu międzynarodowego. Francja i Wielka Brytania naciskały na Czechosłowację, by przyjęła postulaty Niemców, zaś gdy władze czechosłowackie ulegały, Niemcy sudeccy nasilali swoje żądania. Alianci zachodni próbowali wybadać zamiary Polski, skłonić do wspólnego działania na rzecz uspokojenia sytuacji lub wymóc przynajmniej życzliwą neutralność wobec Czechosłowacji, jednak polska dyplomacja unikała jasnych deklaracji. Polska, widząc nadarzającą się okazję do odzyskania Zaolzia i zachęcana do tego przez przedstawicieli III Rzeszy, nie chciała stawać po stronie Czechosłowacji. Odrzucała możliwość przepuszczenia przez swoje terytorium Armii Czerwonej, mającej iść na pomoc Czechosłowacji, co byłoby zagrożeniem dla samej Polski. Obawiano się też, że w wypadku bierności Polski Zaolzie zostałoby przyłączone do III Rzeszy.

Gdy 15 września 1938, podczas spotkania w Obersalzbergu z premierem Wielkiej Brytanii Neville’em Chamberlainem, Hitler zażądał odstąpienia Niemcom terenu Sudetów, alianci zaczęli naciskać na Czechosłowację, aby przyjęła te warunki i nie tworzyła zagrożenia dla pokoju w Europie. Jednocześnie próbowali wymóc na Polsce, by nie podnosiła kwestii mniejszości polskiej na Zaolziu. Dla mocarstw zachodnich sprawa oddania Sudetów III Rzeszy nie była kwestią uznawania prawa Niemców sudeckich do samostanowienia, ale próbą kupienia pokoju cudzym kosztem. Nie liczyli się natomiast z żądaniami Polski.

Czechosłowacki rząd Milana Hodžy przystał na warunki Hitlera 21 września, spowodowało to jednak masowe protesty w Pradze i następnego dnia powołano nowy rząd gen. Jana Syrovego. 22 września prezydent Edvard Beneš, reagując na wystosowaną dzień wcześniej notę polską, domagającą się ustępstw terytorialnych, wystosował list do prezydenta Ignacego Mościckiego, w którym zaproponował rektyfikację granic i nawiązanie przyjaznych stosunków. Pismo dotarło jednak do Warszawy z czterodniowym opóźnieniem, a tymczasem, na prośbę rządu czechosłowackiego, 23 września władze ZSRR próbowały wywrzeć nacisk na Polskę, grożąc zerwaniem układu o nieagresji.

W nocy z 22 na 23 września w Bad Godesberg Chamberlain ponownie spotkał się z Hitlerem, który zażądał natychmiastowego odstąpienia Sudetów przez Czechosłowację i zagroził wojną. Chamberlain w pierwszej chwili odrzucił te żądania, a armia czechosłowacka podjęła mobilizację. Na konferencji monachijskiej zwołanej 29 września w celu „pokojowego rozwiązania konfliktu”, w której wzięli udział premierzy Wielkiej Brytanii i Francji oraz przywódcy III Rzeszy i Włoch, ustalono przekazanie Sudetów Niemcom i zapowiedziano, że w ciągu trzech miesięcy powinna zostać rozwiązana kwestia roszczeń terytorialnych Polski i Węgier. 30 września Czechosłowacja przyjęła dyktat monachijski. Tego samego dnia Polska wystosowała ultimatum, domagając się odstąpienia Zaolzia, przyjęte przez stronę czechosłowacką 1 października. Dyplomaci państw zachodnich, próbując ratować własną twarz, chcieli wymusić na Polsce odroczenie ultimatum i narzucić swoją mediację. Twierdzili z oburzeniem, że „gdy świat cały cieszy się z zażegnania wojny, wystąpienie Polski wywoła jak najgorsze wrażenie w całym świecie, a opinia angielska będzie uważała Polskę za wroga pokoju numer 1”.

Zajmowanie Zaolzia przez Polaków odbywało się etapami i trwało od 2 do 11 października 1938. W listopadzie i grudniu miały miejsce drobne korekty nowo ustalonej granicy. Zaolziacy przeżywali niepodległościową euforię, a wkrótce, tak jak Polacy z innych części kraju 20 lat wcześniej, podobne rozczarowania, związane z tym, że sama niepodległość nie rozwiązywała problemów społecznych. Polska administracja popełniała wiele błędów, ale przyłączeniu Zaolzia do Polski nie towarzyszyła zapaść cywilizacyjna, jak starała się przedstawiać to czeska propaganda. Wzrost bezrobocia, będący następstwem integrowania gospodarki Zaolzia z życiem gospodarczym Polski, także był zjawiskiem przejściowym. Wiosną 1939 bezrobocie zaczęło spadać, a latem było już na niewielkim poziomie. Ciemną stroną polskich rządów na Zaolziu były bezwzględne represje wobec ludności czeskiej, stanowiące akt krótkowzrocznego odwetu, któremu towarzyszyło poczucie bezkarności i lekceważące przekonanie, że upokorzony i pogardzany przeciwnik nigdy nie podniesie się z upadku. Szkoły czeskie zostały zamknięte. Zlikwidowano czeskie organizacje społeczne i przejęto ich majątek. Od października 1938 do marca 1939 dobrowolnie lub pod przymusem Zaolzie opuściło około 30 tysięcy Czechów i około 5 tysięcy Niemców. Ci ostatni wyjeżdżali z Polski zawiedzeni, że nie znaleźli się pod panowaniem Niemiec.

W marcu 1939 Czechosłowacja przestała istnieć – Słowacja ogłosiła niepodległość, zaś ziemie czeskie znalazły się pod niemiecką okupacją i zostały przekształcone w Protektorat Czech i Moraw. Wielu Czechów zdecydowało się na ucieczkę za granicę, by tam podjąć walkę o odzyskanie niepodległości. Pierwszym krajem, do którego się udawali, była Polska, a Zaolzie, jako jedyne wówczas miejsce styku granic Polski i Protektoratu, stało się obszarem przerzutowym, przez który masowo przedostawali się czescy patrioci przekraczający zieloną granicę. Wobec nadchodzącej wojny konflikt polsko-czeski chwilowo ustąpił w obliczu wspólnego wroga. Na terenie Rzeczpospolitej powstał Legion Czechów i Słowaków, pierwsza czeska formacja wojskowa na uchodźstwie w okresie II wojny światowej.


-------------------------------
Jan Bociański (wicekonsul RP w Morawskiej Ostrawie) w raporcie:

W nocy z wczoraj na dziś założyłem Sekcję Młodych przy Związku Polaków, mianując komendantem Emanuela Guziura. […] W gminach powstają oddziały młodych, prowadzone przez komendantów. […] Do spraw politycznych i w ogóle spraw większej wagi powołałem „Zespół” […]. Członkowie „Zespołu” zobowiązali się do maszerowania w całkowitej harmonii i serdeczności do jednego celu, którym jest wyzwolenie Śląska spod zaboru czeskiego. Do „Zespołu”, który składa się tylko z kilku ludzi, należy również pastor Berger, jako przewodniczący „Zespołu” w moim zastępstwie. […]
Ponieważ istnieje możliwość powszechnej mobilizacji w Czechosłowacji i związana z tym ucieczka młodzieży polskiej do Polski, pojawia się konieczność poczynienia kroków przygotowawczych w polskim Cieszynie dla uplasowania tej młodzieży, która tworzyłaby w Polsce „Legion Zaolziański”.

Morawska Ostrawa, 14 września 1938
Kazimierz Badziak, Giennadij Matwiejew, Paweł Samuś „Powstanie” na Zaolziu w 1938 r. Warszawa 1997, s. 70–72.

-------------------------------
Jan Szuścik  (emerytowany nauczyciel z Mnisztwa koło Cieszyna):

18 września powiadomiono mnie, że mam przemawiać na antyczeskim wiecu protestacyjnym w Katowicach. […] Pojechałem do Katowic rano następnego dnia, ustaliłem treść i objętość mego przemówienia. […] Wieczorem na rynku katowickim przemawiałem wobec 40-tysięcznego tłumu, a przez radio do całej Polski i do bliższej i dalszej zagranicy. Przemówienie obliczone na 10 minut trwało wskutek okrzyków tłumów i aplauzów przeszło 18 minut. Padały pod adresem Czechów hasła takie, jak: „Bić Czechów!”, „Ostrawica nasza granica”, „Stworzyć korpus ochotniczy”, „Wodzu, prowadź nas na Czechów!”, „Dalej, za Olzę!”, „Precz z komunistyczną Pragą!”, „Zniszczyć gniazdo niepokojów i prowokacji w Pradze!”. Okrzykom nie było końca, a padały z taką siłą, że czuło się siarkę w powietrzu.

Katowice, 19 września 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 s. 120.

-------------------------------
Kazimierz Papée (ambasador RP w Czechosłowacji) w nocie dyplomatycznej, zawierającej postulaty polskie wobec Czechosłowacji:

Powołując się na oświadczenie rządu czechosłowackiego, w którym zobowiązał się nie czynić niekorzystnych różnic między wspólnotą narodową polską a jakąkolwiek inną wspólnotą narodową znajdującą się w granicach Czechosłowacji, jak również przypominając – znany rządowi czechosłowackiemu – punkt widzenia rządu polskiego, który nie dopuszcza jakiegokolwiek upośledzenia interesów Polski wobec interesów innych zainteresowanych państw, rząd polski oczekuje postanowienia rządu czechosłowackiego w przedmiocie terytoriów zamieszkanych przez ludność polską, niezwłocznego i analogicznego do tego, które podjął w kwestii niemieckiej.

Praga, 21 września 1938
Monachium 1938. Polskie dokumenty dyplomatyczne oprac. Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Warszawa 1985, s. 344–345.

-------------------------------
Józef Mackiewicz (pisarz):

W południe przekroczyłem granicę na moście. […] Teraz jestem w „Czechach”. Ulica jest pusta. Dlatego może, że jest pusta, specjalnie działają pełne krzyku, pełne nerwowego napięcia, rysunku, koloru i wykrzykników po czarnych literach – plakaty. Krzyczą, zdaje się, w próżnię. Przystanął koło mnie pan z cygarem, rzucił okiem i poszedł dalej. […] W trzech językach: czeskim, niemieckim, polskim wypisano kolejno: „W razie potrzeby będziemy wszyscy żołnierzami!”.
Słowa i słowa. Kto ich tu pragnie na Śląsku Zaolziańskim? Nikt. Samotni chodzą żandarmi. […] Baba z rogu odzywa się głośno:
– To już postanowiono, że tu będzie Polska.
Nikt jej nie przeczy, nie odwróci się bojaźliwie na boki, czy aby niepowołane uszy…
Jest w tym pewna doza śmiesznego nawet, a w tej chwili przeżywanej przez Czechosłowację może tragicznego lekceważenia jej powagi, jej państwa, tak dziwnie, a teraz się okazało, że: tak niesłusznie skonstruowanego.
[…] Piję herbatę w kawiarni, gdzie się schodzą przeważnie Niemcy. Głośno i rubasznie rozprawiają, wyciągają po hitlerowsku ręce na powitanie. Kelner, dowiedziawszy się, żem z Polski, kładzie na stoliku dzisiejszy numer „Czasu”.
Ostatnie artykuły prasy polskiej, domagające się zwrotu Śląska Zaolziańskiego, nie są konfiskowane.

Czeski Cieszyn, 22 września 1938
Józef Mackiewicz Okna zatkane szmatami Londyn 2002, s. 407–410.

-------------------------------
Alfred Lincer (kupiec z Raju):

Jako znanego Polaka zaangażował mnie 22 września 1938 drużynowy Organizacji Bojowej, Henryk Hanus, do przenoszenia broni na linii Kaczyce–Raj, by ową broń użyć na powstanie, które się przygotowywało. […]
23 września, kiedy wybierałem się ponownie, by zbiec [do Polski], zatrzymał mnie oddział żandarmerii śledczej (patraci stanice) z Morawskiej Ostrawy, składający się z ośmiu żandarmów, którzy mnie i cały dom, w którym zamieszkuję, przeszukali. Nie znalazłszy nic, aresztowali mnie na komisariacie policyjnym w Karwinie, gdzie byłem siedem razy przesłuchany do dnia następnego. Po przesłuchaniu, kiedy nie przyznałem się, dlaczego byłem przy granicy i nie zdradziłem działalności innych członków Organizacji Bojowej, byłem bity przez żandarmerię czeską.

Edward Długajczyk Tajny front na granicy cieszyńskiej. Wywiad i dywersja w latach 1919–1939 Katowice 1993, s. 140.

-------------------------------
Z meldunku sztabu Legionu „Zaolzie” na temat sytuacji na Zaolziu:

W stanie ewidencyjnym Legionu znajduje się blisko 1000 ludzi, przedstawiających zadowalającą wartość bojową, o wysokim stanie moralnym. Ponadto jest jeszcze około 1500 słabiej wyszkolonych ochotników. Napływ ochotników jest w ogóle bardzo duży. W obozie Hermanice jest obecnie około 320 ludzi.

Bielsko, 24 września 1938
Kazimierz Badziak, Giennadij Matwiejew, Paweł Samuś „Powstanie” na Zaolziu w 1938 r Warszawa 1997, s. 98.

-------------------------------
Naczelny dowódca Czechosłowackich Sił Zbrojnych gen. Ludvík Krejčí w piśmie do prezydenta Edvarda Beneša:

Wyjątkowo korzystne możliwości dla polskiej armii, żeby interweniować z katastrofalnym skutkiem dla wszystkich naszych działań podtrzymujących operacje wojskowe i na tyły naszych walczących jednostek, wliczając w to także całkowite przerwanie ważnego i koniecznego połączenia z zaprzyjaźnionymi państwami na wschodzie, szczególnie z Rumunią, zmuszają mnie do przedstawienia projektu uzyskania, jeśli nie aktywnej pomocy, to przynajmniej neutralności Polski, nawet za cenę pewnych ustępstw terytorialnych.
W zamian za te bolesne ustępstwa, koniecznie należałoby zapewnić oprócz neutralności także pomoc, przede wszystkim materialną; w pierwszym rzędzie chodziłoby o dostawy paliw, koni, następnie o pozwolenie na przelot, ewentualnie nawet przejście rosyjskich sił przez terytorium Polski.

Klánovice (kwatera Naczelnego Dowództwa armii czechosłowackiej), 25 września 1938
Marek Piotr Deszczyński Czynnik polski w przygotowaniach obronnych Czechosłowacji w 1938 r. „Kwartalnik Historyczny”, R. 70 (2000), nr 3, s. 111.

-------------------------------
Ze sprawozdania z działalności polskich Oddziałów Bojowych:

Kowalski, porozumiawszy się z drużynowym [Józefem] Strokoszem, zorganizował 25 września planowy napad na szkołę czeską w Końskiej i na oberżę Szuta. Oba obiekty obsadzone były przez oddziały Narodnej Gardy, żandarmerię oraz wojsko. Hasłem do akcji było podpalenie dwóch gospodarstw czeskich dokonane przez ludzi drużynowego Strokosza. Akcja się udała, gospodarstwa spalono. Patrol [Wiktora] Kowalskiego obrzucił granatami i ostrzelał oberżę Szuta, po czym pod ogniem karabinów maszynowych i w świetle reflektorów wycofał się, mając jednego rannego odłamkami granatu […]. Po wykonaniu zadań oddziały częściowo wycofały się do Polski. […]
Oddział bojowców z plutonu cieszyńskiego w sile 23 ludzi pod dowództwem Rysia Fryderyka i Dony Karola, działając w dwóch grupach, wykonał napad w kierunku na Jabłonków. Po przekroczeniu granicy w okolicy Istebnej, oddział wpadł w zasadzkę pod Hyrczawą i stoczył walkę z wojskiem, żandarmerią i Narodną Gardą, uzbrojonymi w trzy karabiny maszynowe. W rezultacie bojowcy stracili jednego zabitego (Witold Reger) i jednego rannego (Antoni Pieczka), który się dostał do niewoli. Pozostali wycofali się w rozsypce do Polski.

Cieszyn
Kazimierz Badziak, Giennadij Matwiejew, Paweł Samuś Powstanie” na Zaolziu w 1938 r. Warszawa 1997, s. 149–150.

-------------------------------
Prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš w piśmie do prezydenta RP Ignacego Mościckiego:

W chwili, gdy losy Europy są zagrożone i gdy nasze obydwa narody są szczerze zainteresowane w stworzeniu trwałej podstawy pod pełną zaufania współpracę między dwoma naszymi krajami, zwracam się do Waszej Ekscelencji z propozycją ustanowienia przyjaznych stosunków oraz nowej współpracy między Polską a Czechosłowacją. Proponuję więc Waszej Ekscelencji w imieniu państwa czechosłowackiego szczere i przyjazne omówienie uregulowania naszych sporów w sprawach dotyczących ludności polskiej w Czechosłowacji. Chciałbym rozwiązać to zagadnienie na podstawie przyjęcia rektyfikacji granicy. Zgoda w kwestii naszych wzajemnych stosunków byłaby oczywiście logicznym i bezpośrednim następstwem tego porozumienia. Jeśli osiągniemy porozumienie – a jestem przekonany, że to będzie możliwe – uważałbym to za zapoczątkowanie nowej ery w stosunkach między obydwoma naszymi krajami.
Dodam, jako były minister spraw zagranicznych oraz obecny Prezydent Republiki, że Czechosłowacja, ani obecnie, ani kiedykolwiek dotąd, nie miała żadnych tajnych lub jawnych zobowiązań lub traktatów, które miałyby znaczenie, cel lub tendencję zagrażające interesom Polski. Za zgodą odpowiedzialnych ministrów, przedkładam tę propozycję Waszej Ekscelencji poufnie, a zarazem osobiście, aby nadać jej charakter mocnego zobowiązania. Chciałbym w ten sposób uczynić z tego wyłącznie sprawę między obydwoma naszymi narodami. Znając delikatność naszych wzajemnych stosunków i wiedząc, jak trudno było w normalnych czasach zmienić je na lepsze za pomocą zwykłych metod dyplomatycznych i politycznych, usiłuję wykorzystać obecny kryzys dla usunięcia przeszkód z wielu lat minionych i dla równoczesnego stworzenia nowej atmosfery. Czynię to z pełną szczerością. Przekonany jestem, że przyszłość naszych dwu narodów i ich wzajemna współpraca muszą być ostatecznie zapewnione.

Praga, pismo z 22 września, doręczone 26 września 1938
Monachium 1938. Polskie dokumenty dyplomatyczne oprac. Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Warszawa 1985, s. 360.

-------------------------------
Prezydent Ignacy Mościcki w piśmie do prezydenta Edvarda Beneša:

Całkowicie podzielam opinię Waszej Ekscelencji, że stosunki między naszymi krajami mogłyby ulec poprawie tylko w wypadku niezwłocznego podjęcia skutecznych i poważnych decyzji. Jestem również zdania, że na plan pierwszy bieżących zadań wysuwa się dziś wyłącznie odważna decyzja dotycząca kwestii terytorialnych, które w ciągu niemal dwudziestu lat uniemożliwiały poprawę atmosfery między naszymi krajami. Przekazując memu rządowi sugestie Waszej Ekscelencji, jestem przekonany, że będzie możliwe opracowanie w krótkim czasie projektu układu, który będzie odpowiadał wymaganiom obecnej poważnej sytuacji.

Warszawa, 27 września 1938
Monachium 1938. Polskie dokumenty dyplomatyczne oprac. Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Warszawa 1985, s. 447.

-------------------------------
Dodatkowe oświadczenie do układu monachijskiego, dotyczące mniejszości polskiej i węgierskiej w Czechosłowacji:

Szefowie rządów czterech mocarstw oświadczają, że jeżeli zagadnienie mniejszości polskiej i węgierskiej w Czechosłowacji nie zostanie uregulowane w ciągu trzech miesięcy w drodze porozumienia pomiędzy zainteresowanymi rządami, stanowić będzie ono przedmiot następnej konferencji szefów rządów czterech mocarstw.

Monachium, 29 września 1938
Monachium 1938. Polskie dokumenty dyplomatyczne oprac. Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Warszawa 1985, s. 482.

-------------------------------
Kamil Krofta (minister spraw zagranicznych Czechosłowacji) w odpowiedzi na notę polską z 27 września z propozycją trybu przekazywania Polsce niektórych terytoriów:

Chcąc widzieć tę umowę pełną i trwałą i by nie pozostawiała u żadnej z dwu stron poczucia goryczy, Rząd Czechosłowacki […] chciałby uniknąć tego, by społeczeństwo czechosłowackie odniosło wrażenie, że wykorzystuje się trudności, w jakich obecnie znajduje się Czechosłowacja, właśnie w chwili, kiedy rozstrzyga się kwestia terytorium zamieszkanego przez ludność niemiecką. Rząd Czechosłowacji chciałby w każdym razie podkreślić, że chodzi tu o akt dobrej woli, wynikający z jego własnej inicjatywy i własnej decyzji. Uważa to za rzecz nader ważną dla stosunków między dwoma narodami i dwoma państwami w przyszłości – stosunków, które chciałby, aby były najbardziej przyjazne.
[…] Rząd Czechosłowacki, wychodząc z tych założeń, pozwala sobie przedstawić dla rozwiązania kwestii, o które chodzi, następujące zasady:
1. Rząd Czechosłowacki daje Rządowi Polskiemu uroczyste zapewnienie, że rektyfikacja granic i następnie oddanie terenów, o czym zadecyduje ustalone postępowanie, będzie zrealizowane we wszystkich okolicznościach, jakikolwiek obrót weźmie sytuacja międzynarodowa. Republika Czechosłowacka jest gotowa złożyć oświadczenie w tej sprawie również na ręce Francji i Wielkiej Brytanii i uznać te dwa państwa za gwarantów tej umowy.
2. Podział terenów odbywałby się na podstawie zasady, że wspomniane okręgi byłyby terytorialnie podzielone według stosunku ilościowego ludności polskiej do czeskiej.
3. Byłaby natychmiast utworzona równa ilościowo komisja polsko-czechosłowacka, która by opracowała szczegółową procedurę na podstawie tej zasady. Mogłaby być zwołana na dzień 5 października 1938.

Praga, 30 września 1938
Monachium 1938. Polskie dokumenty dyplomatyczne oprac. Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Warszawa 1985, s.489–490.

-------------------------------
Kazimierz Papée w ultimatum wobec rządu Czechosłowacji z żądaniami przekazania terytorium Zaolzia Polsce:

Rząd polski uznał odpowiedź rządu czechosłowackiego z 30 września 1938 na swą notę z 27 września 1938 za niewystarczającą i odwlekającą […].
Rząd polski widzi się zmuszony żądać w sposób najbardziej kategoryczny […]:
1. Natychmiastowego ustąpienia oddziałów wojskowych i policyjnych z terytorium określonego w wyżej wspomnianej nocie i zaznaczonego na załączonej mapie i oddania w sposób ostateczny wspomnianego terytorium polskim władzom wojskowym.
2. Ewakuacji w ciągu 24 godzin, licząc od południa 1 października 1938, terytorium zaznaczonego na załączonej mapie.
3. Przekazanie pozostałego terytorium okręgów Cieszyn i Frysztat powinno być ostatecznie zrealizowane w ciągu 10 dni, licząc od tej samej daty.
[…]
8. Rząd polski oczekuje odpowiedzi niedwuznacznej, przyjmującej lub odrzucającej żądania sformułowane w przedłożonej nocie, do południa 1 października 1938. W wypadku odrzucenia lub braku odpowiedzi, rząd polski czyni jedynie rząd czechosłowacki odpowiedzialnym za dalszy ciąg zdarzeń.

Praga, 30 września 1938, godz. 23.45
Monachium 1938. Polskie dokumenty dyplomatyczne oprac. Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Warszawa 1985, 498–499.

-------------------------------
Prezydent Edvard Beneš:

Dążyliśmy także w tej kwestii do porozumienia po dobremu, a ponieważ aż do 29 września stale wierzyliśmy, że dojdzie do konfliktu zbrojnego, byliśmy gotowi na bolesne dla nas ofiary i na porozumienie, w którym byłoby możliwe polskie żądania, które skądinąd uważaliśmy za nieuprawnione, w rozsądnych granicach zaspokoić. Ale niewiarygodne, wrogie i niebiorące w ogóle pod uwagę przyszłości działanie Polski Becka wywołało w Pradze nie tylko sprzeciw i pogardę, ale także przekonanie, że dla przyszłości lepiej jest nie bronić się już w ogóle przed polską przemocą. Polskie postępowanie – myśleliśmy 1 października 1938 – jest tego rodzaju, że nikt, niezależnie od tego, co się wydarzy, nie będzie mógł nawet przez minutę uwierzyć, że kwestia ta zostanie przez to rozwiązana i że mogłaby nawet spowodować przyjazne stosunki pomiędzy obydwoma narodami. […]
Wszystko to, co było czynione przeciw nam ze strony czterech mocarstw i Polski, nie miało nie tylko żadnej moralnej, ale nawet żadnej pozytywnej politycznej wartości. Był to zaledwie początek wielkiej katastrofy, w której wszyscy, w moim ówczesnym mniemaniu, wkrótce zapłacą swój obol za to, jak w całym okresie przed nią postępowali.

Edvard Beneš Pamětí I. Mnichovské dny Praha 2007, s. 372-373 (tłum. Grzegorz Gąsior).

-------------------------------
Kamil Krofta w odpowiedzi na polskie ultimatum:

Wobec noty rządu polskiego z 30 września i zmuszony okolicznościami, rząd czechosłowacki przyjmuje propozycje w niej zawarte. W interesie samej miejscowej ludności polskiej oraz aby umożliwić ewakuację bez jakichkolwiek incydentów, rząd czechosłowacki proponuje, aby spotkali się niezwłocznie polscy i czechosłowaccy eksperci wojskowi celem osiągnięcia porozumienia dotyczącego szczegółowej procedury dalszego postępowania. Postuluje się ponadto, by nawet po wkroczeniu oddziałów polskich utrzymany został ruch na linii kolejowej Bogumin–Żylina oraz aby komisja, która miałaby rozstrzygnąć inne kwestie, mogła problem ten ostatecznie uregulować, gdyż linia ta jest jedynym połączeniem między ważnymi regionami czechosłowackimi.

Praga, 1 października 1938
Monachium 1938. Polskie dokumenty dyplomatyczne oprac. Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Warszawa 1985, s. 511.

-------------------------------
Josef Drahota (dyrektor czeskiej szkoły ludowej i wydziałowej w Błędowicach Dolnych):

Po przyjęciu warunków dyktatu monachijskiego, ogarnęła szkołę i ludność czeską zupełna depresja. Polacy byli już wtedy bardzo dobrze poinformowani, że Zaolzie przypadnie Polsce i nie szczędzili pogróżek, jak postąpią z Czechami i ich przyjaciółmi. Dzieci z co bardziej zobojętniałych rodzin czeskich przestały chodzić do szkoły, niektóre się już uprzednio ze szkoły wypisywały i zgłaszały się do szkoły polskiej. W tych dniach w pełni przejawiła się ta prawda, że każda burza przynosi ze sobą wiele mułu i bagna. Polacy mieli natychmiastowe informacje, podczas gdy nasze urzędy nie miały zielonego pojęcia, co nadejdzie i jakie kroki należy podjąć.
[…] Wiadomość o zajmowaniu Zaolzia tymczasem dotarła już na wieś, w wyniku czego po drogach zaczęły się przechadzać tłumy ludzi. Spoglądali na nas złowrogo, zachowywali jednak spokój. Gromadzący się tłum zwiększał się nieustannie, tak że około godziny ósmej wieczorem już wszędzie było pełno ludzi. Przed szkołę przyszło chyba pięciu wyrostków, uczęszczających do polskiego gimnazjum w Orłowej, przynieśli ze sobą tęgie patyki i ostentacyjnie stanęli przed wejściem do budynku.
Prawdopodobnie doszłoby do incydentu, jako że grono nauczycielskie nie zamierzało przyglądać się temu bezczynnie; w tym momencie jednak zjawił się miejscowy polski wójt, Karol Chmiel, z oddziałem polskich strażaków, przepędził chłopców i przed szkołą postawił wartę. Potem udał się w kierunku poczty, gdzie doszło do krzyku, gdy strażacy chcieli rozbroić patrol cywilny, ustawiony tam przez urząd pocztowy. W trakcie zamieszania nagle zjawiła się straż przednia wojska czeskiego, maszerującego od Frydku – i napięta sytuacja od razu uległa zmianie. Polski wójt, jego strażacy oraz kierownik szkoły polskiej, który asystował przy rozbrajaniu, oberwali po trochu, po czym zwinęli się podejrzanie szybko, podobnie jak większość ludzi z ulicy i nastał spokój.

Błędowice Dolne, 1 października 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 126

-------------------------------
Gen. František Hrabčík w raporcie z 12 października 1938:

Otrzymałem rozkaz udać się natychmiast z ppłk. sztabu generalnego Vladimírem Šinclem do Czeskiego Cieszyna. […] O godzinie 16.40 przyjechaliśmy na most, gdzie oczekiwali nas dwaj polscy oficerowie sztabu generalnego, którzy udali się z nami do Skoczowa. Same negocjacje rozpoczęły się o godzinie 17.30 na dworcu w pociągu. Ze strony polskiej powierzono je gen. Bortnowskiemu, dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej, która później zajmowała obszar przez nas odstąpiony, oraz gen. Malinowskiemu, zastępcy naczelnika sztabu głównego, który przyleciał około godziny 18.00 z Warszawy.
[…] Polacy żądali zajęcia obszaru pierwszego etapu jak najprędzej, najpóźniej w ciągu dnia następnego. W związku z otrzymanymi informacjami o rozlewie krwi wśród ludności cywilnej, jak również o rabowaniu sklepów w Czeskim Cieszynie, chcieli miasto niezwłocznie zająć. […]
Po dalszych negocjacjach i po wymianie korespondencji aparatem Hughesa z głównodowodzącym czechosłowackim, uzgodniono, co następuje:
1) Do Czeskiego Cieszyna wyśle gen. Bortnowski jeszcze tej nocy oddział polskich żandarmów do pomocy naszym patrolom SOS w celu odnowienia pełnej dyspozycji policji.
[…]
3) Ewakuacja rzeczy ruchomych administracji wojskowej z fortyfikacji oraz z koszar dozwolona. Ruchomości, których nie uda się ewakuować do czasu przybycia wojsk polskich, zostaną spisane przez mieszane czechosłowacko-polskie komisje inwentarzowe. Zostaną one ewakuowane później. Do czasu spisania inwentarza przy obiektach pozostaną również nasze straże, które będzie zaopatrywała armia polska.
4) Na prośbę głównodowodzącego czechosłowackiego zezwolono na przejazd ewentualnych późniejszych transportów przez Czeski Cieszyn także po zajęciu. W celu zapewnienia na dworcu policyjnej obsługi naszych transportów, również po zajęciu mają być pozostawieni dwaj oficerowie i 40 członków armii czechosłowackiej, których będzie żywić armia polska.
Przejeżdżając przez Czeski Cieszyn zauważyłem, że sytuacja jest tam napięta, jednakże wiadomości o rozlewie krwi nie były prawdziwe, jako że w ciągu całego dnia padło podobno zaledwie parę strzałów i o jakimś rabowaniu nie było nawet mowy. W koszarach w Czeskim Cieszynie panował z powodu ewakuacji wielki pośpiech. Również uchodźcy czechosłowaccy ewakuowali pospiesznie z miasta swój majątek, ponieważ nikt nie wiedział, kiedy przybędzie wojsko polskie. Ciemna noc z deszczem dodatkowo zwiększała chaos, zwłaszcza że od razu na początku została ewakuowana również poczta, co spowodowało przerwanie łączności telefonicznej już o 21 godzin wcześniej.

Czeski Cieszyn, 1 października 1938
Mečislav Borák ábor Těšínska v říjnu 1938 a první fáze delimitace hranic mezi Československem a Polskem „Časopis Slezského zemského muzea. Série B” 46, 1997, s. 232–233 (tłum. Bohdan Małysz)

-------------------------------
Donat Fabianek (kierownik szkoły ludowej w Nydku):

W sobotę 1 października byłem w Bystrzycy nad Olzą, kiedy to około godziny czwartej po południu pojawiła się na magazynie strażackim pierwsza polska flaga. Spieszyłem zatem z powrotem do Nydku, gdzie dowódca posterunku żandarmerii pokazał mi fonogram z urzędu powiatowego, że Cieszyn ma zostać ewakuowany, że ma o tym poinformować pozostałe urzędy państwowe i wieczorem o godzinie dziewiątej ma odejść z całym oddziałem żandarmerii i strażą celną do Wojkowic.
Poinformowałem o tym wszystkich kolegów i wieczorem zebraliśmy się przed gospodą Eisnera – razem około 40 osób – każdy z plecakiem albo kuferkiem i z prowiantem na najbliższe dni. Padał lekki deszcz, dzieci były przestraszone, ale ciche. Wyczekiwanie było spokojne. Nie brakowało nawet humoru. Z miejscowym przewoźnikiem autokarowym Kajfoszem uzgodniono, że zawiezie nas do Wojkowic. Jednakże już wieczorem autobus został zarekwirowany i odwieziony przez Polaków do Bystrzycy. […]
Wypożyczyliśmy u pana Eisnera wóz, na którym zwykle wożono obornik, i załadowaliśmy nań dzieci i swoje rzeczy. Z przodu, z tyłu i po bokach szły uzbrojone patrole SOS, a pozostali ciągnęli i popychali wóz.
Strzelanina w Bystrzycy jeszcze się nie skończyła, ale gdy czekaliśmy przy kościele ewangelickim, terroryści zostali zepchnięci za dworzec kolejowy. Skrzyżowanie się zwolniło i nasza grupa szła już później bez przeszkód aż do Wędryni. Tam przygarnęła nas wojskowa ciężarówka i zawiozła do Mistku, gdzie spędziliśmy resztę nocy. W tej grupie znajdowało się siedmiu nauczycieli, resztę stanowili członkowie straży celnej i posterunku żandarmerii z rodzinami.

1 października
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 128.

-------------------------------
Rudolf Paszek (dyrektor polskiej szkoły wydziałowej i burmistrz Jabłonkowa):

Pod wieczór przyjeżdża z Czeskiego Cieszyna Trudka Poloczkówna i donosi, że Cieszyn tonie już w barwach narodowych. Natychmiast wydałem dyspozycje, bez wszelkich posiedzeń i narad. O godzinie 21.00 mają się zebrać obywatele przed ratuszem.
Przygotowano naprędce chorągiew polską. Słowami „Jeszcze Polska nie zginęła” rozpocząłem przemówienie ze schodków ratusza. Ludność podchwyciła słowa pieśni i zabrzmiał hymn narodowy, a cały ratusz równocześnie oświetlono, na balkonie zatknięto sztandar polski. W przemówieniu podkreśliłem, iż warto było tyle przecierpieć dla sprawy polskiej, aby teraz móc przeżywać tę uroczystą chwilę. Wezwałem obywateli, aby okazali się godni naszego hasła Związku Śląskich Katolików: „Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego” i Czechów nie prześladowali i nie krzywdzili, aby jeden włos nie spadł im z głowy. Nie będę tolerować osobistych porachunków.
W czasie przemówienia czescy żołnierze w szyku bojowym biegiem przemknęli koło ratusza, tak że zatkało mi na moment oddech. Po przemówieniu obecni na boku [komisarz policji Miloslav] Měrka i naczelnik żandarmerii gratulowali mi i do łez wzruszeni dziękowali, że zająłem tak szlachetne stanowisko wobec nich.
[…] Oczekiwaliśmy tegoż wieczora przyjścia wojska polskiego. Wyszedłem z kilkoma obywatelami w kierunku Szygły. Wtem przed gospodą Płoszka wstrzymali nam auto bojówkarze z Istebnej, ukryci w przykopie. Był to weterynarz i jeszcze kilku innych. Też bohaterstwo!? Albo skrobanie sobie rzepki na przyszłość – aby mieć jakieś zasługi i pretensje do posady.

Jabłonków, 1 października 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 129.

Nagrania autentyczne:
   11_Erich Motloch (ur. 1924) (1)_przybycie polskich żołnierzy do Karwiny, 1938

   12_Emil Motloch (ur. 1924) (2)_nauka w polskiej szkole wydziałowej w Karwinie i plany kontynuowania nauki w szkole handlowej w Orłowej, 1938-1939
   13_František Gil (ur. 1925)_wspomnienia z czasów polskich rządów, Lutynia Niemiecka, 1938
------------------------------
------------------------------
Franciszek Wantuła (hutnik trzyniecki z Końskiej):

Prziszełech do domu, mówię, co je. Natargaliśmy z żoną kwiatów w ogródku, a mieliśmy 26 odmian georgin i dużo róży, gladyoli, goździków i ileśmy tylko mogli unieść, to my wziyli i szli do Cieszyna witać. […] W Cieszynie już było masa ludzi z okolicznych wiosek, a wszyscy z kwiatami witać polski wojsko. Tyle ludzi z kwiatkami toch jeszcze nie widzioł, no i jak my prziszli ku mostu nad Olzą, to prowie się zaczyło. Dwo czescy generałowie z biołymi paskami na czapkach oddawali w pokorze Zaolzie polskim oficyróm. Potem jechali polscy żołnierze na kołach, koniach, tankach i byli zasypani kwiatkami od ludności cywilnej i witani z ogrómnym entuzjazmym. Okrzykóm „Niech żyją!” nie było końca.

2 października 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 129.

-------------------------------
Bolesław Wronka (mieszkaniec Trzyńca):

Wojsko polskie w Trzyńcu było witane kwiatami. Kawaleria jechała po kwiatach, radości było pełno. To było masowe witanie, ludzie stali po obu stronach, witali, klaskali. Entuzjazm niesamowity.

Trzyniec, 4 października 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 133.

-------------------------------
Z polskiej kroniki Wędryni:

Kierownik czeskiej szkoły Fr. Matyáš na wojskowych samochodach przy udziale wojska [czechosłowackiego] wywiózł swoje rzeczy oraz część majątku szkolnego w nocy, prawdopodobnie z obawy przed miejscową ludnością, która nie miała do niego wielkiego zaufania. […] Niemiły obraz przedstawiał się też wtedy, kiedy z dworu, którego najemcą był ogólnie szanowany i poważany František Myška, wywożono traktorami i wozami majątek oraz pędzono kilkadziesiąt sztuk bydła drogą państwową do Frydku. […]
Przejęcie władzy przez urzędy polskie nastąpiło bardzo szybko i na terenie gminy Wędrynia nie doszło do ważniejszych incydentów. […] Było jednak dużo takich obywateli, którzy aczkolwiek przyznawali się przed przewrotem do narodowości czeskiej, wygadywali [teraz] na naród czeski, rzucając nań najgorsze obelgi jedynie dlatego, aby przypodobać się nowej władzy. Nauka w szkołach nie została przerwana. Dzieci z czeskich szkół samorzutnie poszły do polskiej szkoły.

Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 134.

-------------------------------
Pogranicznik czeski w liście do nauczyciela Osvalda Jonšty:

Na przełomie września i października przeżywaliśmy tak straszny dla nas okres, że dzień był dla nas jak noc. Przez tych kilka dni to ja byłem panem Piotrowic. Wie Pan, że nie jestem alkoholikiem, ale – żeby nie stracić nerwów – musiałem codziennie popijać niemało rumu. Piotrowiczanie mogą chyba dziękować mojej ostrożności, że nie doszło tam do strzelaniny albo masakry.
Byłem ze swymi ludźmi 12 kilometrów od fortyfikacji, z twardym zadaniem. Jako stary żołnierz i praktyk wiedziałem, że gdyby doszło do walki – jesteśmy po prostu ofiarowani i nie ma dla nas uniku. Nic nikomu nie powiedziałem, ale przedsięwziąłem, że skoro już mamy umrzeć, to nie za darmo. Wydarzenia pędziły od jednej godziny do drugiej, aż do momentu naszej ostatecznej kapitulacji. Wtedy, Panie nauczycielu, leżałem za karabinem maszynowym i płakałem, a ze mną liczni starsi koledzy. Mieliśmy wówczas jedyne życzenie, aby było nam przynajmniej dane umrzeć honorowo z bronią w ręku. To były najstraszniejsze chwile mojego życia, których nigdy nie zapomnę.
Nasze życzenie nie spełniło się jednak i jako żołnierz musiałem usłuchać rozkazu: „Nie strzelać, zachować porządek i spokój”. Przy tym musiałem patrzeć, jak tłum około 300 ludzi z polskiej strony krzyczy na granicy i przewraca kamienie graniczne, których ja z taką dumą strzegłem. Sam leżałem za karabinem z ręką na spuście i nie śmiałem wystrzelić. Rozumie Pan, jak mi było?
Na wsi na niektórych domach powywieszano flagi w barwach polskich, a ja musiałem się temu bezczynnie przyglądać. Wreszcie nadszedł 8 października, kiedy z krwawiącym sercem i przy pośmiewisku mieszkańców wycofywaliśmy się bez walki przed wojskiem polskim, które już nam deptało po piętach.

Piotrowice, październik 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 136.

-------------------------------
Gen. František Hrabčík w raporcie z 12 października 1938:

W czasie rozmów gen. Bortnowski nieustannie interesował się tym, co dzieje się w okolicach Bogumina, z czego wnioskowałem, że wiadome mu były niemieckie zakusy w tym rejonie. Nerwowość ta towarzyszyła Polakom aż do 9 bm., gdy dopiero minister Beck podobno oświadczył gen. Bortnowskiemu, że Niemcy pozostawią Bogumin Polakom.

Mečislav Borák Zábor Těšínska v říjnu 1938 a první fáze delimitace hranic mezi Československem a Polskem „Časopis Slezského zemského muzea. Série B” 46, 1997, s. 235 (tłum. Bohdan Małysz)

-------------------------------
Josef Drahota (dyrektor czeskiej szkoły ludowej i wydziałowej w Błędowicach Dolnych):

Ukazały się pierwsze „kwiaty” polskiej kultury w postaci najgorszego prześladowania Czechów. Nasi miejscowi ludzie starali się mnie przekonać, żebym nie uciekał i nie pozostawiał ich tam samotnych. Byłem zdecydowany tak uczynić, rozmyśliłem się jednak, kiedy usłyszałem, co się stało innym nauczycielom, którzy pozostali. 5 października wieczorem zaatakowano granatami ręcznymi mieszkania niektórych polskich nauczycieli. Przy tym rozbito tylko okna, poza tym nikomu nic się nie stało. Obawiałem się, że w odwecie mogłoby dojść do ataku na mnie, a nie zamierzałem narażać nikogo z rodziny na okaleczenie.
[…] Mieszkańcy Błędowic Dolnych omijali w ostatnich dniach okolice szkoły. Obawiali się przejawiać jakiekolwiek związki z Czechami. Wielu wierzyło, że poprzez wyzywanie Czechów i schlebianie Polakom zapewnią sobie lepszą przyszłość. Nikt nie chciał przyjść, by pomóc ładować meble podczas ewakuacji. Kiedy polskie wojsko wkraczało do wsi [10 października], jeden z wcześniej nad wyraz gorliwych Czechów właśnie zamazywał ostentacyjnie czeską nazwę swojej firmy i wywieszał polską. […]
Rankiem 7 października przyjechałem jeszcze do Błędowic Dolnych. Wioska była jak po wymarciu. Nikt mnie już nie znał, a ludzie przede mną z daleka uciekali. […] O losach szkoły mogę opowiedzieć tylko to, co słyszałem od miejscowych obywateli, którzy przyszli mnie odwiedzić. […] Tymczasem zniknął drobniejszy inwentarz, ktoś wymontował pompę wodną, dzięki której szkoła zaopatrywała się w wodę. […] Ponieważ spłukiwanie nie działało, w budynku szkolnym i w okolicy unosił się bardzo silny odór, który odpowiednio korespondował z polską kulturą.
[…] Pracownikom czeskim wybijano w nocy szyby. Czeskiemu fryzjerowi, który pozostał w gminie, wrzucono do mieszkania granat ręczny. Wybuch jedynie przypadkiem nikogo nie zranił. Samego fryzjera napastnicy pobili i skopali. Wielu ludzi narodowości czeskiej wyprowadziło się z gminy, żeby uniknąć prześladowań.
Błędowice Dolne, październik 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 138.

-------------------------------
Erich Motloch (mieszkaniec Karwiny):

Wybieraliśmy się do spania, wszyscy byliśmy już w łóżkach. Ktoś ze sąsiadów zapukał w okno i powiedział: „Polocy przyszli”. Tata tak, jak stał, nieubrany, wybiegł na plac, gdzie już byli wszyscy. Jedni byli zawiedzeni, drudzy mieli radość. […]
Rano już byli Polacy. Żołnierze w czołgach przyjechali do nas, do kolonii ku „Ociypkowi”. My zaraz podbiegliśmy do nich, byliśmy zadowoleni, kiedy nas brali na czołgi. Tata miał w domu wino z porzeczek, więc im przyniósł. Lubiliśmy ich, oni śpiewali Ojcze z niebios wieczorem, ranem zaś Kiedy ranne wstają zorze. Mieliśmy radość z tego, że tu są. […]
Wszyscy byli zachwyceni, kiedy przyszli Polacy, ale też słyszałem, że ludzie zaczęli się rewanżować. Powstawały bojówki, zebrało się kilku takich i wyszukiwali tych, o których się wiedziało, że za Republiki ubliżali Polakom, i w nocy ich bili.

Karwina, 10 października 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 139.

-------------------------------
Z czeskiej kroniki Dąbrowy:

Tyły armii czechosłowackiej znikały za zakrętem, przy tym rozbrzmiewał śpiew żołnierzy, zarazem pocieszających i uspokajających ludność, że prawda w końcu zwycięży i że ich powrót jest tak pewny, jak to, że teraz odchodzą. Tu i ówdzie żołnierze rzucali dziewczętom kwiaty i upominali je: „U licha, bądźcie nam wierne, dopóki po latach nie wrócimy”.
[…]
Niektórzy z Czechów, zwłaszcza ci, którzy mieli w dobie plebiscytu poważniejsze spory z Polakami, pospiesznie uchodzili w ślad za armią czechosłowacką. Zabierali ze sobą, co tylko się dało, na samochodach, na wozach, na wózkach, na rękach, piechotą czy na wozie. […]
Ludność polska zgromadziła się przed Domem Robotniczym, stojącym przed zakrętem drogi z Karwiny, nieopodal przystanku kolei elektrycznej. Większość ludności czeskiej pozostawała w swoich domach i jedynie przez okno obserwowała pochód polskich żołnierzy, kroczących wśród wiwatów mieszkańców polskich. […]
Ujawnił się charakter niektórych czeskich ludzi: wmieszali się w tłum Polaków i witali wojsko polskie jako najprawdziwsi Polacy, acz niektórzy z nich trzy miesiące temu wysławiali Pragę jako „Sokoły”. Cóż, na świecie żyją także ustraszone duszyczki. W powietrzu unosiły się słowa nie swojskie, lecz łacińskie: „Vivat polskiej armii! Vivat!”. Kwiaty sypały się na głowy zaskoczonych polskich żołnierzy, którzy tracili już pewność, czy Czesi opuścili Zaolzie dobrowolnie, czy też oni starli się z nimi w zwycięskiej walce.
[…] A uchodźcy polscy, którzy w chwili mobilizacji odeszli do Polski, wracali teraz sławetnie do domu, w mundurach, z aureolą.

Dąbrowa, 10 października 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 138–139.

-------------------------------
Jan Żebrok (polski komisarz rządowy Dąbrowej):

I znów przeżyłem rozrzewniający moment, kiedy zjawiłem się w szczelnie wypełnionej sali Domu Robotniczego, kiedy wyciągały się do mnie na powitanie twarde, spracowane dłonie starych towarzyszy pracy narodowej, kiedy witali mnie dawni uczniowie i uczennice szkoły wydziałowej i garstka inteligencji z dr. Buzkiem i dyr. Chromikiem na czele. […]
W przemówieniu, które wówczas wygłosiłem do zebranych, przypomniałem, w jakich okolicznościach musiałem w maju 1920 opuszczać Dąbrowę. Następnie zaznaczyłem, że nie przychodzimy na Zaolzie, ażeby zagrabić cudzą własność, lecz przychodzimy po swoje, po nasze polskie dziedziny przepojone potem i krwią naszych ojców i dziadów. Chcemy zapomnieć o wszystkich krzywdach i upokorzeniach, jakich ludność polska doznawała w okresie czeskiej okupacji. Ale wymagać będziemy od mniejszości czeskiej tam, gdzie ona jest, lojalnego ustosunkowania się do zarządzeń władz polskich. […]
W Urzędzie Gminnym w Dąbrowie pozostawiłem dotychczasowych urzędników, dąbrowian, którzy władali także językiem polskim.

Dąbrowa, październik 1938
Jan Żebrok Pamiętnik śląskiego nauczyciela Cieszyn 2002, s. 164–165.

-------------------------------
Leon Malhomme (delegat Wojewody Śląskiego przy Dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Śląsk”): obwieszczeniu:

W związku z masowym powrotem na Śląsk za Olzą osób, które w liczbie kilkudziesięciu tysięcy z powodu swej narodowości polskiej zmuszone były opuścić tę swoją ziemię ojczystą w latach 1919–38 i przenieść się za granicę do Polski, zachodzi konieczność sprawnego uregulowania obecnie emigracji osób narodowości czeskiej do Czechosłowacji.
Podaję zatem do wiadomości, że celem przyspieszenia formalności, związanych z wyjazdem do Czechosłowacji tych osób, odpowiednie przepustki będą wydawane bezpośrednio przez komisariaty policji w gminach miejskich i posterunki policji w gminach wiejskich. Jest pożądanym, aby zainteresowani zaopatrzyli się w przepustki do dnia 1 listopada br. i w spokoju opuścili teren Państwa Polskiego.

Cieszyn, 10 października 1938
Zbiory Ośrodka KARTA.

-------------------------------
František Gil (mieszkaniec Lutyni Niemieckiej):

[Po wejściu Wojska Polskiego do Lutyni 10 października 1938] otrzymaliśmy  w czwartek 20 października 1938, tzn. ojciec, matka, siostra i ja, decyzję Urzędu  Wojewódzkiego – Śląskiego,  Wydziału Społeczno-Politycznego w Katowicach o natychmiastowym wykonaniu decyzji z terminem opuszczenia własnego domu rodzinnego do 21 października 1938 do godziny 15.00. Mieliśmy również budynek gospodarczy krowę, dwa wieprze, kury  gęsi i 1 ha  uprawnego pola. Na szczęście nasza sąsiadka, która była kuzynką posła doktora [Leona] Wolfa, natychmiast pojechała do Frysztatu i przedstawiła mu sprawę. Dzięki niemu nie musieliśmy wszyscy opuszczać domu i gospodarstwa. Natomiast ojciec po otrzymaniu nowej decyzji z dnia 24 października 1938 musiał opuścić nas w ciągu 24 godzin bez możliwości powrotu, zabierając jedynie walizkę do 25 kg, do Czechosłowacji – do Ostrawy. To był dla nas bardzo trudny okres, ponieważ nie mieliśmy prawie żadnych środków do życia. Utrzymywaliśmy się tylko z gospodarstwa. Ojciec, który zarabiał w Ostrawie, nie mógł wysłać nam pieniędzy. Nie mieliśmy z czego żyć. Nikogo to zresztą nie obchodziło.
Pewnego dnia, może około dwóch tygodni po odejściu ojca do Ostrawy, polscy szowiniści, jak ich określali u nas, wybili nam wszystkie okna w domu. Wyrywali kamienie, sztachety z płotu i wrzucali nam przez okna. Uciekliśmy z domu. Rozpoznałem wtedy dwóch spośród tych, którzy nam te okna wytrzaskiwali. W piżamie pobiegłem na niedaleki posterunek policji polskiej, lecz niestety, chociaż dzwoniłem, waliłem w drzwi, nikt nie otwierał. Dopiero później matka zgłosiła, co nam się zdarzyło, ale winni nie ponieśli żadnych konsekwencji.
Wielu Polaków, którzy byli za granicą, od razu tutaj wracało. Szwagier mojej mamy, Karol Babisz, pracował w kopalni w Polsce. Kiedy przyszli Polacy, od razu wrócił jako sztygar do Dąbrowej.
Ponieważ wszystkie czeskie szkoły tzn. szkoły podstawowe, wydziałowe, średnie (przemysłówka, handlówka i gimnazja) po wkroczeniu Wojska Polskiego na Zaolzie zostały natychmiast zamknięte, musiałem iść do polskiej szkoły wydziałowej w Lutyni Niemieckiej. Dopiero tam uświadomiłem sobie, że nie jestem Polakiem. Nikt nas tam nie bił, ale dyrektor szkoły Józef Maryniok i nauczyciel Sokalski, pochodzący z okolic Bielska, zawsze wołali: „Synek, ty czechofilu, chodź do tablicy”. Dopiero wtedy powstała we mnie jakaś świadomość narodowa. Chociaż ojciec wcześniej był aktywnym działaczem, to nie miało to na mnie żadnego wpływu. Nie wiedziałem jasno, czy jestem Polakiem, czy Czechem. Nie mówiło się o tym u nas w domu. Dopiero w tej szkole widziałem, że mnie odrzucają, bo jestem kimś innym.

Lutynia Niemiecka, październik 1938
Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA, sygn. ISFLDP-043, Relacja Františka Gila, ur. 1925 (tekst autoryzowany)

30
-------------------------------
Jarmila Cichoňová (mieszkanka Rychwałdu):

Jako pierwsi musieli natychmiast odejść z Rychwałdu policjanci i nauczyciele. Również ojciec otrzymał nakaz eksmisji. Musieliśmy odejść z powodu aktywnej działalności ojca w teatrze, w „Sokole”, w Macierzy. Zawołali go do urzędu gminnego i powiedzieli, że nie dotrzymał terminu odejścia do 15 października. Tak więc nie mogą już odpowiadać za bezpieczeństwo jego i rodziny.
Od razu wykwaterowali żołnierzy, którzy mieszkali obok nas. Ojciec był przestraszony. Mama pobiegła do babci, bo dziadkowie mieli w domu zakwaterowanych wyższych oficerów. Opowiedzieli im wszystko o tym incydencie. Jeden z nich powiedział: „Nie pozwólcie im tam spać. Nasi ludzie by tego nie zrobili, ale są tu bojówkarze, którzy rzeczywiście mogliby się do tego posunąć…”. Na drugi dzień tata z dziadkiem zaszli do pana Malchárka, który posiadał samochód ciężarowy. Wyprowadziliśmy się i załadowaliśmy najważniejsze rzeczy: ubrania, naczynia, meble. Wyjechaliśmy od razu rano samochodem do Ostrawy, na dworzec.

Rychwałd, październik 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 143.

-------------------------------
Vilém Chrobáček  (dyrektor czeskiej szkoły w Rychwałdzie):

W niedzielę, 16 października, przybyło przed zbór Husa 2–3 tysiące obywateli i żądało czechosłowackich mszy. Dowódca policji, J. Wiesner, ze swoim zespołem policyjnym kazał rozgonić zgromadzonych. Przed szkołą, przy kościele, stał w pogotowiu uzbrojony pluton wojska. Pochód, idący od kościoła, rozdzielił się i spotkał ponownie na cmentarzu. Później obywatele rozeszli się spokojnie do domów.
Następnie we wtorek, 18 października, demonstrowało kilka tysięcy obywateli – przeważnie kobiet – przed szkołą miejską i domagało się otwarcia szkół czeskich. Przy tym doszło i do potyczek, ale oddział policji konnej rozpędził demonstrujących. Obie strony odniosły liczne obrażenia. Strzały jednak nie padły.
Trzecia demonstracja odbyła się w środę, 19 października, przed urzędem gminnym. Była równie potężna. Po gminie rozniosła się wieść, że tego dnia o godzinie 9.00 przyjedzie tu komisja delimitacyjna, która będzie obradować w sprawie nowych granic. Żadnej komisji jednak nie było, był to tylko blef. Również ta demonstracja została rozpędzona przez policję konną.
Nie stwierdzono, kim byli organizatorzy demonstracji, w istocie chodziło o przejaw spontanicznego oporu.

Rychwałd, październik 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 143.

-------------------------------
Meldunek czeskiej Straży Obrony Państwa:

18 października w godzinach dopołudniowych zebrało się na granicy gminy Pietwałd na Śląsku, w okolicy drogi Radwanice–Pietwałd, około 2 tysięcy mieszkańców, jako że między ludźmi w Pietwałdzie chodziły słuchy, że na owo miejsce ma przybyć komisja w sprawie ustalenia ostatecznego przebiegu granicy. Polska straż policyjna i celna wyparła tłum z szosy, zaznaczając, że musi ona pozostać wolna. Ludzie ustąpili na przyległe grunty i w spokoju wyczekiwali przyjazdu komisji
Po chwili jednak nadjechał na miejsce po drodze od Orłowej oddział około 40 mężczyzn polskiej policji konnej oraz oddział straży celnej z psami. Jednostki te bezwzględnie rzuciły się na tłum z gumowymi pałkami, maltretowano uczestników zbiegowiska, których poszczuto psami, w wyniku czego wielu ludzi zostało przez psy pogryzionych lub poranionych. W następstwie takiej interwencji cały tłum rozpierzchł się w dzikim chaosie, a kilku obywateli Pietwałdu uciekło za linię demarkacyjną na nasze terytorium, pomimo iż granice są z polskiej strony ściśle strzeżone.

Morawska Ostrawa, 18 października 1938
Mečislav Borák Druhá fáze delimitace hranic mezi Československem a Polskem na Těšínsku v listopadu 1938 „Časopis Slezského zemského muzea. Série B” 49, 2000, s. 59-60.

-------------------------------
Alojzy Sznapka (komisarz rządowy Suchej Górnej):

Z kopalń wyrzucano czechofilów czasem niewinnie, w zamian za nich pozostawiano takich, którzy byli znani z polakożerstwa. Wszyscy chcieli lepszej pracy i posad. Wszystko zwracało się w pierwszym rzędzie do komisarza. Niezliczone interwencje stały się nieprzyjemne. […] W ciągu mego urzędowania nie dałem ani jednego wniosku o pozbawienie kogoś pracy, przeciwnie – broniłem, kogo tylko mogłem i wielu udało mi się uratować. […]
Finanse gminne absorbowało także w znacznej mierze kwaterowanie wojska i różne uroczystości związane z przejściem Śląska do Polski. Były to rzeczy nieuniknione i podniosłe, rzeczy niecodzienne. […] Zbliżał się 11 listopada, pierwsze u nas polskie Święto Niepodległości. Zapowiedziano przyjazd Pana Prezydenta na Zaolzie. W programie jego pobytu była i Sucha Górna. […]
Kilka minut po godzinie 15.00 syrena szybowa daje znak, że samochód Pana Prezydenta wyjechał z lasu karwińskiego. Serca wszystkich biją szybciej. Na teren Suchej Górnej przybywa Najdostojniejszy Gość, jaki dotąd zawitał i może więcej w dziejach gminy nie zawita. Przybywa Głowa Państwa, Prezydent Rzeczpospolitej prof. Ignacy Mościcki, z całą świtą. Towarzyszy mu jego małżonka, premier generał dr Sławoj Składkowski, kilku ministrów, generałów, wojewoda dr Michał Grażyński, starosta powiatu frysztackiego dr Leon Wolf, starosta powiatu cieszyńskiego Plackowski i wielu innych dygnitarzy. […]
Pierwsze przemówienia wygłaszają dzieci szkolne Janina Molendzianka i Aniela Kozubkówna, którą opanowuje wzruszenie tak, że nie może dokończyć przemówienia. Prezydent rozweselony ściska im ręce i odbiera od nich bukiety kwiatów. Ja przemawiam w imieniu gminy i całego okręgu suskiego. Pan Prezydent podaje mi rękę i dziękuje za słowa powitania, dodając: „Wszystko to tak miłe, serdeczne”. Podchodzi do dzieci szkolnych i wszczyna z nimi rozmowę. Dzieci jakby zalęknione Majestatem Jego Osoby nie mogą słowa wykrztusić. […] Z samochodu już podaje mi rękę na pożegnanie, jak również Milusi Pietraszkównej, która tuż przed ruszeniem samochodu podbiegła do niego. Przy dźwiękach hymnu państwowego i wśród entuzjastycznych okrzyków zgromadzonej ludności: „Niech żyje!” – samochód odjeżdża w kierunku Cierlicka.

Sucha Górna, 11 listopada 1938
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 146–148

-------------------------------
Josef Křistek (mieszkaniec Radwanic, miejscowości po czeskiej stronie granicy z 1938):

W marcu 1939 r. [po zajęciu ziem czeskich przez III Rzeszę i utworzeniu Protektoratu Czech i Moraw] mieszkańców Radwanic ogarnęła ciężka depresja. […] Z kolegą Robertem Matulą z Zarubka postanowiliśmy odejść za granicę i wstąpić do czechosłowackiej formacji wojskowej. […] Przejście do Polski było dla nas proste. Po zabraniu naszego terytorium przez Polskę nowa granica prowadziła przez Radwanice koło kopalni węgla Ludwik. Teren dobrze znaliśmy.
Starając się nie zwracać niczyjej uwagi, bez bagaży, w letnim ubraniu bez czapki i w półbutach przedostaliśmy się do Orłowej. Robert miał tam krewnych. Dali nam polskie pieniądze, kupili bilety do Bielska, a stamtąd pojechaliśmy pociągiem do Krakowa do czeskiego konsulatu. Jego pracownicy odesłali nas do czechosłowackiego obozu w Bronowicach Małych blisko Krakowa, gdzie było już kilkuset czechosłowackich obywateli.

Radwanice, lato 1939
Boleslav Ivánek Vzpomínky příslušníků čs. zahraniční armády – západ z okresu Frýdek-Místek na léta 1939–1945 Frýdek-Místek 1988, s. 22.

-------------------------------
Vlasta Moravcová (żona płk. Sztabu Generalnego Františka Moravca, kierownika czeskiej grupy wywiadowczej w Wielkiej Brytanii):

Droga przez granicę trwała około dwóch godzin, ale mi wydawało się, że się nie kończy. Dla bezpieczeństwa nie mogliśmy iść drogami. Nasza przewodniczka przedzierała się przez krzaki jak wiewiórka i z niewiarygodną szybkością wspinała się wciąż wyżej, prześlizgując się pod kłującymi gałęziami gęstego podszycia ze zwinnością, która świadczyła o doświadczeniu. […] Nagle przed sobą ujrzeliśmy porębę. „Tam to jest” – wskazała kobieta i ukryła się za krzakiem. „Granica jest za tą polaną. To już ziemia niczyja. Tam już nie mogą was aresztować, jedynie zastrzelić.”
Gdzieś wśród drzew zaszczekał pies. „Szybko, dzieci, biegnijcie!” – krzyknęłam. Ostatkiem sił pobiegliśmy przez porębę. Na jej końcu stało dwóch mężczyzn, którzy w ręku trzymali wielkiego wilczura. Mieli mundury polskich celników. Byliśmy w Polsce.
W tym momencie wszyscy zaczęliśmy płakać. Polacy pocieszali nas. Jeden z nich zapytał mnie po czesku, jak się nazywam. Powiedziałam mu to, a on odparł, że już na nas czekają i poprosił mnie, żebyśmy szli za nim. Posłuchaliśmy go, krocząc po omacku, zbyt podenerwowani, aby móc obserwować, co się wokół nas dzieje. Celnicy doprowadzili nas na swój posterunek, gdzie powitano nas małym poczęstunkiem: kiełbasą i wódką. Potem odwieźli nas dwoma samochodami do pobliskiego Cieszyna.

Beskidy, pogranicze Polski i Protektoratu Czech i Moraw, 30 czerwca 1938
Gen. František Moravec Špion, jemuž nevěřili Praha 2002, s. 207–208.

-------------------------------
Ppor. rezerwy Witold Pirszel:

Wczesnym rankiem 26 sierpnia (przypuszczalnie około godz. 4.00 rano) zbudził mnie dyżurny, zawiadamiając, że w bardzo pilnej sprawie wzywa mnie do telefonu telefonistka z centrali pocztowej na dworcu. Telefonistka zgłosiła mi, że dworzec zajęła grupa uzbrojonych ludzi ubranych po cywilnemu (niektórzy nosili jakieś opaski). Napastnicy nie zeszli jednak do suteren i nie znaleźli tam centrali. Natychmiast kazałem się połączyć z dowództwem 4 psp [4 Pułk Strzelców Podhalańskich] w Cieszynie i z 21 bsp [21 Batalion Saperów] w Bielsku, którym przekazałem meldunek o zajęciu dworca, a w następnej kolejności zawiadomiłem telefonicznie o wypadkach ppor. Lichtnera i komendanta posterunku Straży Granicznej w Świerczynowcu. Po paru minutach telefonistka poinformowała mnie, że otrzymała dla nas polecenie dowództwa 4 psp, abyśmy wzmocnili obronę tunelu, rozpoznali lepiej sytuację i złożyli meldunek do Cieszyna, przy czym podano, że jednostki stacjonujące w Trzyńcu otrzymają rozkaz udania się do Mostów [koło Jabłonkowa].
[…] Stwierdziłem, że na torach kręci się grupa chyba około 20 cywilów uzbrojonych w pistolety maszynowe, z których sporadycznie oddają krótkie serie w różnych kierunkach, ale przeważnie w stronę tunelu. Wydaliśmy rozkaz oddania do nich serii z lkm [lekki karabin maszynowy]. Po tej serii napastnicy skryli się na dworcu, a po paru minutach na tory wypędzono pasażerów zamkniętych przedtem w pomieszczeniach dworca; między wypędzonymi na tory ludźmi znajdowali się przypuszczalnie i napastnicy.
[…] Po pewnym czasie znowu otrzymałem meldunek z Cieszyna, że wkrótce przybędzie do Mostów kompania piechoty z Trzyńca i zaatakuje napastników od strony północnej. Telefonistka doniosła mi jednocześnie, że napastnicy tłuką szyby i demolują urządzenia dworcowe, przy czym prosiła, bym zezwolił, aby sama zgłaszała się co pewien czas, obawiała się bowiem, że napastnicy usłyszą dzwonek wywoławczy. Około godziny 5.00 zauważyłem dym wydobywający się ze stojącego na dworcu parowozu, co świadczyło o zamiarach użycia pociągu do akcji. Po pół godzinie z dworca ruszył w kierunku tunelu parowóz. Byliśmy przygotowani do przyjęcia go ogniem, ale zaledwie parowóz wynurzył się zza zakrętu, zauważyliśmy, że w pomieszczeniu maszynisty jest pełno ludzi, którzy machają do nas rękami. Gdy parowóz zbliżył się, stwierdziłem, że w pomieszczeniu maszynisty znajduje się czterech polskich kolejarzy. Między nimi było dwu mężczyzn ubranych w skórzane płaszcze, z których jeden terroryzował kolejarzy, a drugi zaczął ostrzeliwać nasze pozycje krótkimi seriami z pistoletu maszynowego.
W tej sytuacji nie mogliśmy strzelać, wydałem więc rozkaz oddania serii z lkm w kocioł parowozu. Buchając parą z postrzelonego kotła parowóz wjechał w tunel. Natychmiast ostrzegłem telefonicznie ppor. Lichtnera oraz komendanta posterunku Straży Granicznej. Z relacji ppor. Lichtnera wiem, że parowóz wolno wyjechał z tunelu […]. Ppor. Lichtner w obawie postrzelenia polskich kolejarzy również nie mógł otworzyć ognia. Parowóz przejechał około 300 m. Napastnicy kazali wysiąść polskim kolejarzom i pod ich osłoną skierowali się do pobliskiego lasu (z tego miejsca zresztą od granicy dzieliły ich najwyżej 2 km). Ppor. Lichtner wysłał w ślad za uciekinierami paru żołnierzy. […] W tym czasie, gdy po południowej stronie tunelu odbywał się pościg za dwoma napastnikami, otrzymałem meldunek telefonistki, że dworzec jest wolny. Napastnicy opuścili go, udając się do lasu po zachodniej stronie torów, skąd łatwo mogli przedostać się do granicy (około 4 km).
[…] Gdy przebywaliśmy w szkole, z dworca przekazano nam wiadomość od komendanta posterunku Straży Granicznej, że do szlabanu granicznego w Świerczynowcu podjechał samochód z białą flagą, prowadzony przez cywilnego mężczyznę, który prosił o rozmowę z polskimi oficerami w Mostach.
[…] Przy szlabanie ze zdumieniem zobaczyliśmy człowieka w skórzanym płaszczu, który uciekł na parowozie. Usiadłem za kierownicą niemieckiego wozu, sadzając obok siebie „parlamentariusza”. […] W szkole w Mostach zastaliśmy już dowódcę 21 DPG [Dywizji Piechoty Górskiej], gen. J[ózefa] Kustronia. „Parlamentariusz” w rozmowie z gen. Kustroniem zaproponował wymianę polskich kolejarzy na zatrzymanych przez nas napastników. Gen. Kustroń nie podjął rozmowy na temat niemieckich jeńców (których zresztą nie było), kategorycznie zażądał natomiast natychmiastowego zwolnienia polskich kolejarzy i na tym zakończył rozmowy z „parlamentariuszem”, którego polecił odwieźć do granicy […].
Wieczorem 26 sierpnia powrócił z Czacy pociąg wraz z wszystkimi zatrzymanymi kolejarzami, a w ciągu dnia na granicy odbyło się jeszcze spotkanie gen. Kustronia z oficerami niemieckimi, którzy przepraszali za zajście.

Mosty koło Jabłonkowa, 26 sierpnia 1939
Andrzej Szefer Prywatna wojna leutnanta Alberta Herznera Katowice 1987, s. 47–52.