Dzieje Zaolzia              Historie Těšínska
Zachodnia część Księstwa Cieszyńskiego
Západní část Těšínského knížectví
®
Zaolzie Cieszyńskie - czeskie spojrzenie z zewnątrz                                Tłumaczenie maszynowe

                                                                                                                                                                                                     
Karel Vošta                                                                                                    Artykuł opublikowany na prośbę autora dnia 08.11.2024


Moje zainteresowanie historią regionu, w którym mieszka jedyna autochtoniczna mniejszość w Czechach, ma długą tradycję. Uważam różnorodność narodowościową, kulturową i religijną za wartość. Różnorodność ta niesie jednak ze sobą również konflikty, które naznaczyły Ziemię Cieszyńską. Jeszcze niedawno w Europie sądziliśmy, że spory narodowościowe rozwiązywane w formie wojen należą do ubiegłego stulecia. Dlatego należy przypominać sobie przeszłość, aby wyciągnąć wnioski z jej błędów (co brzmi jak frazes). Lubię język polski, a dla minimalnego kontaktu z nim od lat śledzę weekendowe "Wiadomości" w Czeskiej Telewizji. Są to krótkie wiadomości, które zazwyczaj opisują, czym aktualnie zajmuje się któraś z lokalnych organizacji PZKO czy szkoła podstawowa, jaką rocznicę się obchodzi lub gdzie odbywa się występ folklorystyczny. To taki spokojny ciąg bezkonfliktowych wiadomości. Ale kiedy śledzi się wiadomości w internecie, natrafia się na poważniejsze informacje. Na przykład w okresie około 2010 roku, kiedy dochodziło do niszczenia polskich napisów i po roku 2013, kiedy zaczęły się tak zwane marsze legionowe. Zastanawiałem się, czy sytuacja jest optymistyczna, czy wręcz przeciwnie - zaogniona.

Mam też nieco osobisty stosunek do tego tematu. W dzieciństwie do naszej ulicy wprowadziła się kulturalna, dwujęzyczna rodzina z Trzyńca o nazwisku typowym dla Ziemi Karwińskiej (jak dziś już wiem). Byliśmy z nimi blisko. Był to też mój pierwszy kontakt z silnym śląskim akcentem. W szkole podstawowej mieliśmy potem oświeconą „towarzyszkę nauczycielkę”, która w pierwszej czy drugiej klasie zaskakująco opowiadała nam, że w mieście była kiedyś synagoga albo że istnieje podzielone miasto Cieszyn i dzieci w tym regionie mogą chodzić do polskich szkół.

Nie mieszkam na Ziemi Cieszyńskiej, więc z pewnością będę krytykowany przez potencjalnych czytelników tego tekstu za to, że nie jestem uprawniony do pisania o niej i oceniania tamtejszego życia. Z drugiej strony bezstronny ogląd z zewnątrz nie musi być wadą. Pułapką w pisaniu o historii i współczesności jest właśnie obiektywność/subiektywność spojrzenia oraz interpretacja/dezinterpretacja faktów. Unikanie tego jest trudnym wyzwaniem.

Księstwo Cieszyńskie, jedno z terytoriów Piastów, a więc część średniowiecznego państwa polskiego, od roku 1327 było lennem czeskim. Pojęcie Korony Królestwa Czeskiego pojawia się po raz pierwszy właśnie w tym okresie, a kolejne zdobycze terytorialne Luksemburgów na Śląsku i gdzie indziej zostały za Karola IV włączone właśnie do Korony, która była tworem ponadpaństwowym, ponadnarodowym i w koncepcji cesarza miała wymiar wręcz sakralny. Piastowie rządzili w księstwie do połowy XVII wieku. Osoby zainteresowane jego historią mają dziś do dyspozycji wystarczającą ilość literatury w obu językach.

Ziemie Korony Czeskiej przestały istnieć wraz z upadkiem Austro-Węgier, a wraz z nimi więzi lenne. Od 1742 roku Ziemia Cieszyńska była częścią Śląska Austriackiego, ale nawet podczas kolejnych reform administracyjnych jej państwowość nie była negowana. Pod koniec I wojny światowej pojęcie historycznego księstwa pojawia się na nowo. Polaków w regionie od jesieni 1918 roku reprezentowała Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego, chociaż odradzająca się Polska była już republiką. Tworzenie granic państw sukcesyjnych przebiegało skomplikowanie, opierając się na zasadzie etnicznej, jak i na zasadzie granic historycznych (prawo historyczne), przy czym obie te zasady często były sprzeczne. Granice powstającej Republiki Czechosłowackiej zostały ustalone po dłuższych negocjacjach traktatami pokojowymi zawartymi na terytorium Francji w latach 1919-1920. Ziemie Czeskie miały być odnowione w granicach z czasów królestwa. To jednak nie przeszkodziło nowemu państwu, które uważało się za jednego ze zwycięzców, żądać na podstawie prawa do samostanowienia narodów również innych terytoriów, gdzie mówiono po czesku, i tak przyłączono zachodnią Vitorazsko, Valticko i Hlučínsko (z ludnością w znacznym stopniu zgermanizowaną), a starano się również o Kłodzko, zasiedlone w przeważającej większości przez Niemców. Łagodniejsze żądanie rościło sobie zatem pretensje tylko do kilku etnicznie czeskich wsi kłodzkich, ale nawet to nie zostało przeforsowane.

Prawo do samostanowienia narodu w naturalny sposób natrafiało na ten sam argument drugiego narodu na obszarach mieszanych. Czechosłowacji zależało na Ziemi Cieszyńskiej zwłaszcza na strategicznym szlaku kolejowym Koszyce-Bogumin, hucie w Trzyńcu i złożach węgla, co dziś nie jest negowane nawet przez stronę czeską. Z konfliktu można było wyjść, zgodnie z postulatem kłodzkim, przyłączając jedynie czeskojęzyczne gminy w powiecie Frydek, problemem jednak byłyby gminy, w których mówiło się wieloma językami, a przede wszystkim: przy tym rozwiązaniu Czechosłowacja nie zyskałaby ani kolei, ani huty, ani kopalń. Doszło do konfliktu znanego jako wojna siedmiodniowa między Czechosłowacją a Polską.

Wojnę należy potępić jako środek ostateczny; giną w niej ludzie. Czy można było jej uniknąć? Zostało tu siłą zdobyte terytorium wbrew woli znacznej części jego mieszkańców - silnie uświadomionych narodowo Polaków. Czy negocjacje, bardzo skomplikowane, mogły trwać dalej, skoro obie strony obstawały przy swoim? Czy mógł zostać uzgodniony plebiscyt pod gwarancją międzynarodowych obserwatorów, a do tego czasu obowiązywałby status quo z porozumienia między reprezentacją czeską a polską z 5 listopada 1918 roku? Tak się nie stało, a Czesi byli pierwsi, którzy sięgnęli po broń.

Po kampanii wojennej, kiedy oddziały czechosłowackie dotarły aż pod Skoczów, nastąpiły skomplikowane negocjacje i w lipcu 1920 roku podział historycznej ziemi na wschodnią, polską, i zachodnią, czechosłowacką połowę (Zaolzie, Záolží). Następnie doszło do czechizacji terytorium; poglądy na temat jej skali i przyczyn asymilacji części zaolziańskich Polaków są do dziś różne. Nic dziwnego, że część polskiej ludności nie utożsamiła się z nowym państwem i rozumiała je, i prawdopodobnie nadal rozumie, jako krzywdę lub wręcz okupację. Międzywojenna Czechosłowacja była państwem demokratycznym, ale skomplikowanym, opartym na fikcyjnym narodzie czechosłowackim, a jej polityka wobec mniejszości wkrótce upadła. Wynikiem był rozpad państwa: niemiecka i węgierska irredenta, gniew Słowaków, którym odmawiano prawa do autonomii (a faktycznie także prawa do samostanowienia), oraz entuzjazm Polaków, gdy część Zaolzia została zaanektowana przez Polskę po Monachium. Radykalny nacjonalizm braterskich Słowaków (przed wojną i podczas podziału federacji) oraz Polaków (rozliczenie się z Czechosłowakami jesienią 1938, zniszczenie grobu legionistów w Orłowej) był ostry i zły, ale zrozumiały w świetle poprzednich wydarzeń. Należy dodać, że także międzywojenna Polska nie była wzorem demokracji i tolerancji narodowościowej, więc pozostaje pytanie, jak zachowałaby się wobec Czechów, gdyby Ziemia Cieszyńska nie została podzielona. Historycy nie lubią słów może i gdyby…

Każda ziemia podzielona granicą między dwa państwa, każde podzielone miasto, jest czymś nienaturalnym i smutnym. W ten sposób powstaje kolejny punkt newralgiczny, chore miejsce na mapie.

Pojęcie Záolží/Zaolzie nie jest polonocentrycznym neologizmem z 1920 roku, jak się podaje, lecz jest poprawne z punktu widzenia znaczeniowego, a także zgodnie z zasadami słowotwórstwa i derywacji nazw miejscowych i geograficznych w języku czeskim (Zálabí, Zátaví, Záhvozdí, Zářečí, Zámostí, Záluží). To część historycznej ziemi za rzeką Olzą. Dlatego nazwę tę powinni w pełni akceptować również Czesi. Olše to natomiast neologizm, wymuszone czechizowanie nazwy rzeki, którą nawet nieniemiecka ludność nazywała Olzą. Nazwa Czeski Cieszyn jest w pewnym sensie nonsensem, nazwaniem zachodniego przedmieścia śląskiego miasta imieniem dominującego narodu, który w tym mieście i okolicy wówczas nie dominował. Niektóre nazwy ulic w tym sztucznym centrum Zaolzia, upamiętniające czeskie osobistości i miejsca, są nietaktowne wobec dotychczasowej historii, tak jakby nowe państwo w ten sposób utrwalało się na podbitym i skolonizowanym terytorium.

Historię czasami tendencyjnie interpretują obie strony: Czesi i Polacy. Radykalizacja wywołuje jeszcze większą radykalizację; miejscowi Polacy są w czasie zaognienia stosunków wspierani przez nacjonalistów z Polski (patrz wydawane za granicą propagandowe materiały krajoznawcze dokumentujące czystą polskość Zaolzia). Nie można jednak nadal twierdzić, ustami ani specjalistów, ani laików, że Ziemia Cieszyńska była w większości czeska i została spolonizowana dopiero po połowie XIX wieku przez imigrantów z Galicji. Używanie języka czeskiego jako języka urzędowego księstwa do końca panowania Piastów (miejscowo i dłużej) nie jest dowodem przynależności etnicznej mieszkańców, lecz raczej znaczenia czeszczyzny w późnym średniowieczu i wczesnej nowożytności, również na terenie królestwa polskiego i Węgier, jako rozwiniętego języka literackiego, a jednocześnie języka zrozumiałego dla mowy ludu. Z tego okresu mamy liczne archiwalne dokumenty czeskie również z sąsiedztwa Ziemi Cieszyńskiej: z Księstwa Opolsko-Raciborskiego, ale także z Oświęcimia i Zatora, które od XV wieku należały znowu do Polski. Nazwiska w zapisach są przeważnie polskie. Zachowały się także czeskojęzyczne zabytki epigraficzne (nagrobki w kościołach, znany krzyż w Pruchné) z terenu polskiego Śląska Cieszyńskiego, o których obowiązuje to samo, co wyżej. Równie jednak nie powinno się siłą określać, jakiej narodowości byli, są lub mają być rdzenni użytkownicy osobliwych dialektów Cieszyńskiego i Jabłonkowskiego (jest to kwestia delikatna, tożsamość językowa i narodowa nie zawsze się pokrywały, nawet w sąsiednim Hlučínsku).

Konfliktowym momentem ostatnich lat jest „czeska narodowa świątynia” na szczycie Polední na wschód od Bystrzycy. Według zdjęć jest to ładne miejsce spotkań patriotów i wdzięczny cel turystów, ale ono nie godzi z przeszłością, lecz dzieli i wywołuje negatywne reakcje. Miejsce to od 2012 roku składa się z Mogiły Czeskiej Państwowości, Pomnika Legionistów, czyli pomnika generała Josefa Šnejdárka (1875-1945), kamienia pamiątkowego mistrza Jana Husa, kamienia pamiątkowego ostrawskiego historyka wojskowości i pedagoga Tomáša Pavlicy (1939-2004) oraz innych elementów. Marsze legionowe na ten szczyt (chcę wierzyć, że nieumyślnie) prowokują, ponieważ w gruncie rzeczy celebrują pacyfikację polskiej ludności przez legiony czechosłowackie. Świętują legionistów - godny podziwu byt państwowotwórczy i patriotyczny, którego idealizacja i faworyzowanie były jednak w Czechosłowacji jednocześnie przedmiotem krytyki (często z pozycji lewicowych), państwa niesprawiedliwego wobec mniejszości i czeskiej interpretacji lokalnej historii. Przypomina to manifestacje Zakonu Orańskiego w Irlandii Północnej, gdzie potomkowie kolonizatorów (protestanci) prowokują marsze na cześć pokonania pierwotnych mieszkańców (katolików); wiem, to porównanie jest dość ostre. Generał Šnejdárek jest z pewnością ważną postacią wojskową, ale na Zaolziu jest bardzo kontrowersyjny. Jeszcze jako podpułkownik armii francuskiej dowodził kampanią legionów czechosłowackich podczas podboju Ziemi Cieszyńskiej. Kontrowersje może tu budzić także prezydent Masaryk, którego skądinąd bardzo szanuję, ponieważ według dostępnych danych silnie popierał zbrojne zajęcie Ziemi Cieszyńskiej w maksymalnym zakresie terytorialnym.

Czechosłowacka Gmina Legionistów (ČSOL), stowarzyszenie weteranów wojskowych i ich krewnych, czcicieli tradycji ruchu oporu i historii wojskowości, nie jest organizacją ekstremistyczną, oficjalnie jest też apolityczna. Ale jej działania na Polední są podobne do działalności niedemokratycznych, antysystemowych partii i stowarzyszeń, które starają się publicznymi akcjami przypominać i utrzymywać antagonizm czesko-niemiecki w dawnych Sudetach. Głoszą tam odwieczną czeskość pogranicza i potrzebę ochrony przed zgubnym wpływem naszych „dziedzicznych wrogów Niemców”. Oba argumenty są bezpodstawne. ČSOL swoimi, jak się wydaje, przyjacielskimi spotkaniami propaguje czeski patriotyzm w regionie, gdzie historycznie należała mu się bardzo specyficzna i skomplikowana rola. Może tym ranić uczucia części miejscowej ludności, zwłaszcza że szczyt Polední znajduje się blisko sztucznej granicy państwowej, poza pierwotnym czesko- (lasko-)języcznym terytorium Ziemi Cieszyńskiej. Gminy Bystrzyca i Nydku miały wcześniej wyraźną polską większość, a i dziś Polacy stanowią tu niebagatelną liczbę mieszkańców. W samej Bystrzycy w styczniu 1919 roku walczono i umierano.

Wielokrotne zniszczenie pomnika generała oraz krzyża upamiętniającego morderstwo żołnierza Klementa Šťastnego, wytyczającego w listopadzie 1920 roku nową granicę, są w tym świetle wprawdzie zrozumiałe, ale jednocześnie złe i godne potępienia. Niektórym Czechom jest natomiast zrozumiałe nieprzychylne nastawienie do odnowionego w 2005 roku pomnika tak zwanej „Cieszyńskiej Nike” w polskim Cieszynie. Wyraża on ich zdaniem rewizjonistyczne tendencje Polaków wobec reszty Ziemi Cieszyńskiej. Przeszkadza heroiczny gest posągu skierowany w stronę granicy oraz przemówienia podczas jego odsłonięcia. Pomnik upamiętnia poległych członków Legionu Śląskiego na polach bitew I wojny światowej, nie tylko walki wojny siedmiodniowej. Ponadto jest to pomnik przedwojenny, dokumentujący ówczesną zaognioną sytuację. Tym samym jego znaczenie jest w dużej mierze usprawiedliwione i można go swobodnie rozumieć jako swoistą kontrpozycję wobec pomnika Šnejdárka.

Czesi są w ogóle wrażliwi i selektywni w kwestii pomników. W Pradze po powstaniu republiki musiały zniknąć pomniki cesarzy Józefa II i Franciszka I, władców królestwa, do którego nowa republika swoją państwowością nawiązywała; o kolumnie maryjnej upamiętniającej obronę miasta przed Szwedami nie wspominając. Do dziś istnieją zastrzeżenia wobec powrotu pomnika marszałka Radetzky’ego, rodowitego Czecha i utalentowanego wodza. Dla czeskich patriotów jednak wódz po złej stronie. Niedawno usunięto pomnik sowieckiego marszałka Iwana Koniewa z czasów normalizacji.

Wróćmy jednak do generała Šnejdárka i wyobraźmy sobie sytuację historyczną ad absurdum: stosując tę samą logikę, moglibyśmy mieć w Pradze pomniki dowódców wojsk katolickich z bitwy na Białej Górze, ponieważ pokonali powstanie stanowe (prowadzone częściowo przez niemieckich szlachciców), wypędzili samozwańczego króla-cudzoziemca i umożliwili powrót na tron legalnie wybranemu i koronowanemu czeskiemu królowi Ferdynandowi II. To twierdzenie jest herezją dla Czecha i na pewno mnie nie minie kara, ale czy nie można tu postawić znaku równości?

Kilka lat temu poruszyła opinię publiczną w Jabłońcu nad Nysą możliwość powrotu wartościowej artystycznie rzeźby rycerza Rüdigera z eposu o Nibelungach z czasów przed II wojną światową. Podobno jest to symbol niemieckości i mógłby przyciągać neonazistów. A co robi kamień pamiątkowy Jana Husa w regionie, gdzie do Kościołów czerpiących z jego dziedzictwa przyznaje się najprawdopodobniej znikomy procent wiernych? Hus, osobowość na wskroś religijna, jest od XIX wieku wykorzystywany jako symbol narodowy również przez świeckich czeskich nacjonalistów, którzy jego i ruch husycki zazwyczaj postrzegają jako szczyt naszej historii. Obecność kamienia może zatem budzić zakłopotanie podobnie jak pomnik Šnejdárka. Miejsce pamięci na Polední wieńczy maszt z czeską flagą, którą podobno niestety czasami ktoś kradnie. Flaga jest bowiem niestety tożsama z flagą państwa, które militarnie podbiło okoliczny teren. Sytuacja ta przypomina nieco także dawną „wojnę” między czeskimi a niemieckimi stowarzyszeniami turystycznymi w północnym górzystym pograniczu Czech.

Oprócz niszczenia pomników należy potępiać również uszkadzanie polskich napisów. Każda autochtoniczna mniejszość ma prawo do oznaczania gmin i ulic potwierdzone czeskim prawodawstwem, które przyjęło europejską kartę ochrony języków regionalnych i mniejszościowych, a także życzliwą wypowiedzią prezydenta Václava Havla skierowaną do Niemców po czesko-niemieckim pojednaniu. W zachodnich demokracjach takie tablice są powszechne na obszarach mieszanych narodowościowo.
Wierzę, że sytuacja narodowościowa nie jest zaogniona, jak twierdzą niektóre szowinistyczne strony internetowe, blogi, profile na Facebooku i dyskusje internetowe z obu stron granicy. Powiedziano mi, że sąsiedzi żyją obok siebie zazwyczaj spokojnie, a stosunki są lepsze niż kiedyś. Rodziny są często dwujęzyczne. Wspólne chrześcijańskie korzenie i wartości - jak się wydaje - również łączą. Śląski Kościół Ewangelicki Augsburskiego Wyznania zrzesza czeskich i polskich wiernych, odbywają się nabożeństwa w obu językach, co dotyczy również niektórych parafii katolickich. Regionowi poświęca uwagę telewizja publiczna, z którą współpracują także dokumentaliści i dziennikarze narodowości polskiej. Z emisji dowiedziałem się na przestrzeni lat interesujących informacji o historii, osobistościach, religii, zabytkach i folklorze Zaolzia. Medium zatem nie zamyka się na ten temat. Tylko w niektórych reportażach jakby nie zawsze było wskazane, aby wyraźnie powiedzieć, że żywy i całkiem popularny dialekt „po naszymu” jest śląskim dialektem języka polskiego, chociaż wykazuje cechy przejściowe do gwar lachskich i morawsko-słowackich języka czeskiego i jest wzbogacony o warstwę słownictwa niemieckiego (w Polsce trwają też starania o kodyfikację śląszczyzny, która tam jest ponoć w większości uznawana za etnolekt; wyrażenie etnolekt ma w języku polskim nieco inne znaczenie niż w czeskim).

Wierzę również, że jest szansa na zeszlifowanie krawędzi stuletniej historii. Dlaczego jednak ze strony czeskiej nie padło jeszcze jednoznaczne potępienie i wyrażenie ubolewania z powodu wojny i poległych, i to najlepiej za pośrednictwem osoby pełniącej funkcję konstytucyjną, tak jak w 2009 roku przeprosił polski prezydent Lech Kaczyński za zajęcie części Zaolzia w 1938 roku? My, Czesi, powinniśmy spróbować zrozumieć odmienny punkt widzenia i nie wielbić już wojny siedmiodniowej jako sprawiedliwej walki Czechosłowaków przeciwko obcemu agresorowi. A co ze wspólnymi aktami pamięci przy grobach ofiar wojny po obu stronach? Potrzeba pokory i pojednania, a nie nacjonalizmu, ponieważ ten jest zawsze skierowany „przeciwko komuś”, a nie „za coś” i może prowadzić do przemocy, jak pisze historyczka Mary Heimann, autorka dla niektórych kontrowersyjnej książki o Czechosłowacji.

Potrzebna jest nadal publicystyka historyczna regionu (książkami, filmami, wykładami) skierowana do ludzi, którzy ponoć o wojnie (po stronie czeskiej) często nawet nie wiedzą. W tym względzie obie strony w regionie czasami zarzucają sobie nawzajem tendencyjność. Warto przypominać znaczące osobistości Ziemi Cieszyńskiej wszystkich narodowości, zwłaszcza pozytywne przykłady transnarodowe. Z wczesnej nowożytności (mnie bliskiej) są to na przykład cieszyński rodak Jiří Třanovský/Jerzy Trzanowski (1592-1637), ksiądz ewangelicki, pisarz religijny, poeta i kompozytor związany znacząco również ze Słowacją. Podobną osobistością był Daniel Johannides Skočovský, nazywający siebie Silesius - Ślązak, według niektórych ksiądz czeskobraterski, w rzeczywistości luterański proboszcz w Paršovicach i Hlinsku na Morawach. W drugiej dekadzie XVII wieku wydał drukiem w języku czeskim dwa kazania pogrzebowe i jedną wierszowaną prozę. Według niektórych badaczy nie urodził się w Skoczowie, lecz przypisuje mu się pochodzenie z rodziny osiadłej we Frydku. Ze Skoczowa z pewnością pochodził Jan Sarkander (1576-1620), wykształcony ksiądz i katolicki święty.

Zaolziańscy Polacy są świadomi i znają swoją historię. Według oficjalnych spisów ludności ich ubywa, przez co region i państwo tracą część pożądanej różnorodności etnicznej. Ziemia Cieszyńska była regionem wielonarodowym i wielowyznaniowym. Cieszy fakt, że muzyczną gwiazdą w Czechach jest Polka z Zaolzia, popularna także w Polsce. Historyk Józef Szymeczek, który przez część bardziej radykalnych Czechów jest określany ze względu na swoje poglądy jako polski aktywista i mąciciel dobrych stosunków, pyta, dlaczego ulice w regionie nie są nazywane również na cześć ważnych polskich osobistości, skoro przestrzenie publiczne są tu często nazwane imionami osobistości czeskich. One tutaj nazwy ulic na cześć wybitnych Polaków przy spojrzeniu na mapę są, ale w pewnej nieproporcjonalnej ilości w stosunku do czeskich nazwisk. Może kiedyś doczekamy się ulicy Ewy Farnej. Ale gdyby dziś powstała na przykład jakaś mogiła pamiątkowa przypominająca państwowość księstwa piastowskiego albo w Sadach Masaryka w Czeskim Cieszynie postawiono pomnik Mickiewiczowi, Chopinowi czy Sienkiewiczowi, jaka byłaby reakcja większości? Podobno nawet nowy, udany mural w Jabłonkowie z napisem w gwarze nie obył się bez uwag.

W 1998 roku powstał euroregion Śląsk Cieszyński, którego myślą przewodnią jest współpraca transgraniczna w najszerszym sensie. Granica jest dziś już całkowicie przenikalna. Czy nie powinna upaść też symboliczna bariera w ludzkich umysłach? Idealnie, aby polskie spojrzenie i czeskie spojrzenie zastąpiło jedno, nietendencyjne spojrzenie na historię i współczesność, a tożsamość cieszyńska była silniejsza niż pozostałe różnice narodowościowe. Byłbym jednak chyba zbyt naiwny. Właściwie polecam miejscowym ludziom swoje subiektywne, „słoneczne” spojrzenie…

Już od wielu lat Czesi (zwłaszcza młodsi) wykazują intensywniejsze zainteresowanie historią i duszą tak zwanych Sudetów. Niemiecka przeszłość czeskiego, morawskiego i śląskiego pogranicza nie jest już tak schematycznie i jednoznacznie odrzucana, a Niemcy sudeccy „en bloc” potępiani zbiorową i dziedziczną winą. Winę za zbrodnie nazizmu ponoszą bezsprzecznie ówczesne pokolenia; zasada winy zbiorowej nie może spadać na potomków i nie należy do demokratycznej Europy. Pogranicze jest dziś odwiedzane, zabytki badane i odnawiane. Dlaczego podobnie nie zainteresować się również Zaolziem?

Region żyje, jak obserwuję z daleka; funkcjonuje wymiana kulturalna między oboma narodami i ich instytucje pamięci (teatr, muzea, biblioteki). Pisarka Karin Lednická jest dziś dzięki kronice powieściowej „Kościół pochyły” ceniona za swój wkład w odkrywanie tła konfliktu czesko-polskiego na Ziemi Karwińskiej i za popularyzację regionu jako takiego. Autorka przypomina w swoim kolejnym dziele również o masakrze w Żywocicach z sierpnia 1944 roku, podczas której ginęli Polacy i Czesi.

Pozytywnie działa również szeroko nagłośniona w wiadomościach regionalnych rekonstrukcja zdewastowanego cmentarza przy zanikłej kolonii Meksyk, niedaleko od „Kościoła pochyłego”. Cmentarz został założony przez polskojęzyczną gminę ewangelicką w starej Karwinie i Solcy. Stowarzyszenie „Olza Pro” organizuje odnowę poprzez pracę wolontariacką patriotów narodowości polskiej z Zaolzia, wolontariuszy z Polski, ale licznie także Czechów z Ziemi Karwińskiej, Ostrawskiej i odleglejszych miejsc. Zacierają się w ten sposób bariery, co jest bez wątpienia optymistycznym zakończeniem tej refleksji. I przepraszam ewentualnych czytelników obu narodów, jeśli ich uraziłem tym, że jako zewnętrzny obserwator zuchwale oceniam życie w ich regionie.

Karel Vošta, w przeddzień Dnia powstania samodzielnego państwa czechosłowackiego, A.D. 2024
e-mail:
wostaak@centrum.cz
Pobrać artykuł