Zachodnia część Księstwa Cieszyńskiego
Západní část Těšínského knížectví
MĄDRA POLSKA STRATEGIA - ZAOLZIE '38
W czerwcu napisałem dla Was całkiem długi artykuł, opisujący dzieje Śląska Cieszyńskiego. Przypomnę tutaj pokrótce, że chociaż Polacy stanowili większość ludności (55 %, 230 tys. mieszkańców) i wytyczono tymczasową granicę, przyznającą większość Śląska Cieszyńskiego Polsce, to Czesi dokonali zbrojnej agresji 23 stycznia 1919 roku. Link do niego w komentarzach.
Przyczyny były prozaiczne: na Śląsku Cieszyńskim, w Zagłębiu Karwińskim znajdowały się (i nadal znajdują) kopalnie węgla wysoko koksującego, tak potrzebnego czeskim fabrykom. W Trzyńcu znajdowała się (i nadal znajduje) ogromna, nowoczesna huta żelaza, zbudowana w 1867 roku, swego czasu największa w całych Austro-Węgrzech. A na deser, w Boguminie znajdował się węzeł kolejowy i początek linii bogumińsko-koszyckiej - wówczas bardzo nowoczesnej (ukończonej w 1915 roku) i jedynej łączącej Czechy ze wschodnią Słowacją.
Przez osiem dni walk Czesi - mający druzgocącą przewagę - wyrzucili Polaków z większości Śląska Cieszyńskiego. Dopuścili się przy tym szeregu zbrodni wojennych na polskich jeńcach, rannych i cywilach. Choć pod naciskiem Ententy wstrzymano walki i zdecydowano o przeprowadzeniu plebiscytu, to przez następne 1,5 roku Czesi terroryzowali i zastraszali polskich aktywistów, oraz wypędzali Polaków ze swojej części Śląska.
W lipcu 1920 roku zmuszona trudną sytuacją na froncie z bolszewikami Polska zdecydowała się oddać sprawę Zaolzia konferencji mocarstw w Spa. Te zdecydowały o podzieleniu Śląska wzdłuż rzeki Olzy, przyznając Czechom większość przemysłu i całą linię kolejową. Z 2200 km kw. Polsce przypadło tylko 1002 km kw i 142 tys. z 435 tys. ludności. 140 tysięcy Polaków znalazło się poza granicami Polski. W geście protestu polski Sejm nigdy nie ratyfikował tych postanowień, ani ich nie uznał.
Dla Polaków z Zaolzia - jak nazwano tereny przyznane Czechosłowacji - nastały trudne lata. Lata czeskiego szowinizmu i nacjonalizmu, pogardy i nienawiści do Polski.
Czesi prowadzili aktywną strategię wynaradawiania Polaków: zmuszano ich do zmiany imion i nazwisk na czeskie, czy posyłania dzieci do czeskich szkół. Jednocześnie ograniczano polskie szkolnictwo i kulturę. Dość wspomnieć, że sam „Dziennik Polski” w latach 1935-1936 był zawieszany dwukrotnie, a ponad 100 razy konfiskowano cały jego nakład. Polskie szkoły w Czechosłowacji nie były państwowe, lecz - co najwyżej - gminne, lub prywatne. Te były mocno niedofinansowane, a ich uczniowie szykanowani. W efekcie liczba uczniów w polskich szkołach spadła z 23 tys. w 1916 r. do 12,5 tys. w 1932 roku. Stosowano groźby i szantaż, zdarzały się pobicia. Najczęściej opornych Polaków - najczęściej górników, hutników i kolejarzy - zwalniano z pracy z „wilczym biletem”. Zmuszano do wyjazdu do Polski, albo przenoszono w inne, odległe rejony Czechosłowacji. Utrata pracy przez ojca - nierzadko jedynego żywiciela - stawiała w złej sytuacji całą rodzinę. Na Zaolzie przybyła istna armia Czechów: nauczycieli, urzędników, policjantów, mająca zmniejszyć dysproporcję na korzyść Czechów. Sytuacji nie poprawiło wcielenie w 1928 roku Zaolzia do krainy morawskośląskiej, co zlikwidowało odrębność regionu.
* * *
W Polsce bardzo dobrze pamiętano o czeskiej agresji i prześladowaniach Polaków w Czechach. 28 października 1934 r. w Cieszynie odsłonięty został pomnik „Nike cieszyńskiej”. Formalnie pomnik ten poświęcony był pamięci poległych polskich legionistów w 1914 roku, jednak postać na nim - mierząca w stronę Olzy mieczem - była aż nadto czytelna. Od czeskiej agresji minęło zaledwie piętnaście lat. Wciąż żywe były wspomnienia czeskiej napaści i zbrodni. Pamiętano też, że Czechosłowacja blokowała transporty amunicji dla broniącej się przed bolszewicką nawałą Polski.
Niechęć do Czechosłowacji budziła nie tylko pamięć o jej napaści i zbrodniach, ale także jej wyjątkowo wrogie Polsce zachowanie. Wszak czechosłowacki wywiad chętnie wspierał terroryzm nacjonalistów z Ukraińskiej Organizacji Wojskowej. Dostarczał broń, materiały wybuchowe i fundusze, dzięki czemu Ukraińcy mogli dokonać swej rebelii w latach 1922-23.
Praga ostentacyjnie udzielała także schronienia wszystkim, którzy z jakiegoś powodu nie byli widziani dobrze w Polsce. Z jednej strony chronili się tam prześladowani przez sanację Wincenty Witos, czy Wojciech Korfanty, a z drugiej - komuniści i ukraińscy nacjonaliści. Ci ostatni właśnie w Czechosłowacji chronili się przed sprawiedliwością. Tam m. in. uciekł morderca polskiego ministra spraw wewnętrznych, Bronisława Pierackiego - Hryhorij Maciejko, czy sam przywódca UWO - Jewhen Konowalec.
Stosunki te pogorszyło jeszcze bardziej przymusowe przesiedlenie polskich kolejarzy z Zaolzia w listopadzie 1935 r. Gdy zaolziańscy Polacy wyszli na ulice w geście protestu, władze czeskie wysłały przeciwko nim wojsko i samochody pancerne.
Trudno nazwać taką postawę pojednawczą i dążącą do porozumienia.
Miarka dla Polski się przebrała w 1935 roku. 2 maja 1935 roku Francja zawarła przymierze ze Związkiem Radzieckim. Dwa tygodnie później, 16 maja, takie samo przymierze z Sowietami zawarła Czechosłowacja, tworząc blok antyniemiecki. Było to spełnienie marzeń Pragi, która dążyła do odizolowania Niemiec i - uznawanej przez nią za sojusznika Berlina - Polski. Sowietofilia władz czeskich była powszechnie znana. Ówczesny minister spraw zagranicznych Czechosłowacji, a następnie prezydent, Edvard Beneš (Edward Benesz), był uznawany za tak skrajnie prosowieckiego, że bardziej na lewo od niego byli tylko etatowi funkcjonariusze NKWD. Niedługo potem, bo 9 czerwca, Beneš wybrał się do Moskwy i spotkał ze Stalinem. Sowieckie gazety pisały peany na jego temat. Charge d'affaires polskiego poselstwa w Pradze, Marian Chodacki, pisał: „Wszystko, co jest sowieckie, przyjmowane jest przez społeczeństwo czeskie z prawdziwą admiracją”.
* * *
Zbliżenie Pragi i Moskwy w Polsce przyjęto z niepokojem. Uważano, że układ czesko-sowiecki o wzajemnej pomocy zawiera tajne klauzule wymierzone w Polskę. Oskarżano Czechów o „wpuszczanie Sowietów do Europy”. Nie było to bezpodstawne. Sam Beneš popierał „przesunięcie granicy Rosji na zachód” - oczywiście kosztem Polski. W czerwcu 1936 roku ukazała się dość skandaliczna książka „Rosja i małe porozumienia w polityce światowej” autorstwa Jana Seby, posła czeskiego w Bukareszcie. Opatrzona była przedmową Kamila Krofty, czechosłowackiego ministra spraw zagranicznych (!), który stwierdzał, że odebranie Polsce Galicji na rzecz ZSRR „rozwiązałoby problem wspólnej granicy czesko-sowieckiej”.
Podkreślę - ambasador wydaje sowietofilską książkę, w której minister spraw zagranicznych państwa stwierdza oficjalnie, że należy dokonać rozbioru Polski. Pozycję tę traktowano jako półoficjalne stanowisko rządu Czechosłowacji.
Czechosłowacja od początku swojego istnienia nie ukrywała nie tylko wrogości względem Polski, ale i dążenia do jej osłabiania na wszelkie sposoby. W Pradze uważano, że Polska powinna być okrojona, pozbawiona Kresów Wschodnich. Nazywano ją powszechnie „państwem sezonowym” i usilnie starano się nie wchodzić z nią w głębsze relacje, mimo wielu apeli ze strony Polski.
Na takie dictum, na polecenie polskiego ministra spraw zagranicznych, Józefa Becka, we wrześniu 1935 roku na terenie Zaolzia Komitet Siedmiu, stworzony przez Oddział II Sztabu Generalnego WP, rozpoczął organizację sieci zakonspirowanych komórek. Te miały w przyszłości wzniecić powstanie antyczeskie na Zaolziu. Ściągnięto także kilkunastu ochotników z Zaolzia na tajne szkolenia z obsługi broni, materiałów wybuchowych i radiostacji. Jednocześnie rozpoczęto rozmowy z Węgrami i Jugosławią na temat ewentualnego przyszłego rozbioru Czechosłowacji, gdyby doszło do wojny. Plany te zawieszono miesiąc później, ale wobec antypolskich działań Pragi wznowiono je jesienią 1937 roku.
* * *
Wiele osób podnosi argument rzekomego „sojuszu” polsko-czechosłowackiego wymierzonego przeciwko Niemcom. Problem polega na tym, że... taki sojusz nigdy nie został zaproponowany. Pewnego rodzaju zakulisowe propozycje zgłaszali czescy oficerowie - na początek attaché wojskowy w Moskwie, ppłk František Dastych, a potem attaché wojskowy w Bukareszcie, ppłk Otokar Buda. Wyrazili oni „ubolewanie z powodu złych stosunków”...
Problem w tym, że propozycje te nie były żadnymi oficjalnymi zaproszeniami do współpracy, a oddolną inicjatywą grupki czeskich oficerów, przestraszonych latami głupich posunięć własnego rządu wobec Polski. Wyrazili oni je dopiero... latem 1938 roku, gdy nad Czechosłowacją zaczęły zbierać się czarne chmury. Wszak od marca 1938 roku, czyli od Anschlussu Austrii, Adenoid Hynkel jawnie deklarował, że jego następnym celem jest Czechosłowacja. Co ważne, propozycje te nigdy nie wyszły ze strony czechosłowackiego MSZ, czy prezydenta Beneša. Czeskie koła wojskowe działały w kompletnym oderwaniu od polityków.
Cóż, można było „wyrażać ubolewanie”, to wszak nic nie kosztowało...
Polska była niechętna, ale zostawiła sprawę otwartą. Swoją zgodę na dalsze rozmowy uzależniała od zerwania przez Czechów wszelkiej współpracy z organizacjami komunistycznymi. Ci jednak nie chcieli tego uczynić, licząc na pomoc ze strony sowieckich przyjaciół. Wszak w maju 1938 roku Michaił Kalinin, przewodniczący Rady Najwyższej ZSRR, zapewniał, że Związek Radziecki udzieli wszelkiej pomocy Czechosłowacji na wypadek agresji ze strony innego państwa.
Jak wiecie z mojego poprzedniego wpisu o Czechosłowacji, ZSRR pomocy tej nie tylko nigdy nie udzielił, ale i po prostu nie chciał udzielić. Sowieci bowiem „uzależnili” swoją pomoc od zgody rządów polskiego i rumuńskiego na przemarsz sowieckich wojsk przez ich terytorium. Ponieważ oczywiście Warszawa, obawiająca się sowieckiej okupacji, nie zgodziła się na to, Sowieci jedynie wyrazili bezradność i ubolewanie. A następnie zaczęli zrzucać winę za nieudzielenie pomocy Czechom na Polaków. I trwa to właściwie do dzisiaj. Chociaż Rumunia była skłonna się zgodzić, Sowieci na nią nie naciskali.
Wijący się pod ścianą Czesi 22 sierpnia 1938 roku wreszcie podpisali porozumienie z Polską o zwalczaniu antypolskiej działalności komunistycznej na terenie Czechosłowacji. Było jednak zdecydowanie za późno.
* * *
15 września 1938 roku premier Wielkiej Brytanii, Neville Chamberlain, oznajmił w Berchtesgaden wszem i wobec: „Jeśli pan Hynkel nie chce niczego poza niemieckimi obszarami w Sudetach, to proszę bardzo, może je mieć”.
W Warszawie właściwie odczytano te słowa. Oznaczało to, że ani ZSRR, ani Alianci nie zamierzają walczyć z Niemcami z powodu Czechosłowacji. I że w ciągu następnych dni Niemcy wkroczą do Sudetenlandu. Należało działać szybko. Rząd polski natychmiast przedłożył swoje propozycje dotyczące samostanowienia Polaków na Zaolziu. Te jednak zostały odrzucone przez Brytyjczyków i Francuzów.
Pułkownik Tadeusz Pełczyński, szef Oddziału II Sztabu Generalnego WP, 17 września 1938 r. nakazał przygotowanie działań dywersyjnych i wywiadowczych na terenie Zaolzia. Tymi miał kierować mjr Feliks Ankerstein. W Katowicach ogłoszono werbunek do Legionu Zaolziańskiego. Na jego potrzeby zgromadzono 3000 karabinów, 12 ciężkich i 47 ręcznych karabinów maszynowych i 1,5 mln nabojów. Dowódcą Legionu został ppłk dypl. Ludwik Zych, wówczas szef sztabu Komendy Głównej Straży Granicznej, a w 1919-1920 r. - konspirator przeciwko Czechom na Zaolziu. W ciągu następnych dni zgłosiło się aż 60 tysięcy chętnych! Jednocześnie nastąpiły masowe demonstracje antyczeskie. 19 września 1938 r. w Katowicach doszło do wiecu 40 tysięcy Polaków, krzyczących: „Wodzu, prowadź nas na Czechów!” i „Dalej, za Olzę!”...
W tym samym czasie przystąpiono do formowania improwizowanej Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Śląsk”. Jej dowódcą został gen. Władysław Bortnowski. Składała się ona z 21. Dywizji Piechoty Górskiej, 23. Górnośląskiej Dywizji Piechoty, Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, 10. Brygady Kawalerii, Śląskiej Brygady Obrony Narodowej, Śląsko-Cieszyńskiej Półbrygady ON, pułku szkolnego KOP i innych dodatkowych jednostek. Liczyła w sumie 36 000 żołnierzy, 974 samochody i ciężarówki, 459 motocykli i 103 czołgi. Miała to być główna siła uderzeniowa.
21 września 1938 roku, po przyjęciu przez Czechosłowację zgody na ustępstwa względem Niemiec, minister Beck postanowił upomnieć się o Zaolzie i potraktowanie Polaków jak innych grup etnicznych: „Rząd polski oczekuje postanowienia rządu czechosłowackiego w przedmiocie terytoriów zamieszkanych przez ludność polską, niezwłocznego i analogicznego do tego, które podjął w kwestii niemieckiej.”
W tym samym okresie na teren Zaolzia ruszyły polskie grupy dywersyjne. 23 września 1938 r. Olzę przekroczył oddział dowodzony przez Pawła Mitręgę »Pawełka«. „Po przejściu rzeki natknięto się na silnie obsadzoną linię z karabinami maszynowymi. Grupa «Pawełka» obrzuciła nieprzyjaciela granatami i otworzyła ogień z pistoletów”, raportował mjr Ankerstein. W ciągu następnych kilku dni doszło do serii zamachów i potyczek polskich dywersantów ze znienawidzoną czeską żandarmerią m. in. w Jabłonkowej, Końskiej i Hyrczawej. Polscy dywersanci tak rozsmakowali się w akcjach specjalnych, że później brali udział w operacji „Łom” na Zakarpaciu (co już opisywałem).
26 września - na trzy przed Monachium! - przestraszony Beneš wysłał do prezydenta Mościckiego odręczny, błagalny list o pomoc... w którym jednak niczego Polsce nie zaproponował. Czesi, pozbawieni złudzeń co do postawy ZSRR i Aliantów, nagle sobie przypomnieli o istnieniu Polski. Prezydent Mościcki odpowiedział następnego dnia, zachęcając Beneša do natychmiastowego podjęcia rozmów.
Nad ranem 30 września 1938 r. w Monachium Wlk. Brytania, Francja i Włochy podpisały układ, sankcjonujący odebranie Czechosłowacji Sudetów. Zrobiły to zresztą za zgodą samej Czechosłowacji. Być może tego dnia Beneš pamiętał, jak sam w 1934 roku zaproponował, by spory terytorialne w Europie rozstrzygała konferencja mocarstw...
Następnego dnia, 1 października 1938 r., minister Beck wystosował oficjalne 24-godzinne ultimatum z żądaniem zwrotu Śląska Cieszyńskiego. Powodem było zignorowanie apeli ze strony Polski i Węgier o uwzględnienie w Monachium tych mniejszości w Czechosłowacji. Polska nie została nawet zaproszona na konferencję. Rozstrzygnięcia w jej sprawie miały się odbyć dopiero trzy miesiące później. Rząd polski miał w pamięci oddanie sprawy polskiej ludności na Zaolziu mocarstwom w 1920 roku i nie zamierzał powtórzyć tego błędu. Obawiano się, że Niemcy pierwsi wkroczą i przejmą sporne tereny.
Rząd czechosłowacki wyraził zgodę. Następnego dnia oddziały SGO „Śląsk” tryumfalnie przejechały przez mosty na Olzie i wkroczyły do Cieszyna i innych miejscowości Zaolzia. Wszystkie polskie gazety tego dnia pisały o tym na pierwszych stronach. Nawet pisma zwyczajowo nieprzychylne sanacji popierały odzyskanie polskiego Zaolzia. Uznawano to za akt dziejowej sprawiedliwości po czeskiej agresji roku 1919, naprawienie krzywd wyrządzonych przez Czechosłowację.
Żołnierzy Wojska Polskiego witano owacyjnie we wszystkich miejscowościach. Całą Polskę obiegły wzruszające zdjęcia z miast zaolziańskich. Ulice były odświętnie udekorowane polskimi flagami, girlandami, bramami powitalnymi i portretami prezydenta Mościckiego i marszałka Śmigłego-Rydza. Tysiące Polaków zaolziańskich - przez minionych dziewiętnaście lat gnębionych przez czeskich okupantów - wyszło na ulice. Rzucali kwiaty pod nogi maszerującym żołnierzom. Wielu płakało ze szczęścia. Spontanicznie śpiewali hymn narodowy i polskie pieśni patriotyczne.
Polacy z Zaolzia - nazywanego „Kresami Południowymi” - nigdy, nawet na moment, nie zwątpili w swoją ukochaną Rzeczpospolitą i czekali na Jej powrót.
„Za chwilę przekroczycie Olzę, skazaną w ciągu długich lat na upokarzającą służbę rzeki, oznaczającej granicę nie istniejącą ani w sercach tych, co oba jej brzegi zamieszkują, ani w sercach całego narodu polskiego”, czytał przed przekroczeniem Olzy żołnierzom rozkaz Naczelnego Wodza generał Bortnowski.
11 października formalnie zakończono operację. Polska powiększyła się o 906 km kw. z 218 tysiącami ludności. Z tego 200 tysięcy stanowili Polacy. Zaolzie weszło w skład województwa śląskiego i przyjęło polską administrację. Niemal natychmiast opuszczać je zaczęli Czesi - część z powodu strachu przed polską zemstą, część - zwłaszcza urzędników i policjantów - wydalana przez władze polskie. Wyjeżdżali także Niemcy, niezadowoleni, że tereny te nie trafiły do III Rzeszy.
Zaolzie wróciło wreszcie do ukochanej macierzy, chociaż na jedynie niecały rok.
* * *
Reakcje na posunięcie Polski były co do zasady negatywne. ZSRR 23 września zagroził zerwaniem paktu o nieagresji z Polską, gdyby ta zdecydowała się naruszyć integralność Czechosłowacji. Jednak gróźb swoich nie spełnił.
Winston Churchill w swoich powojennych pamiętnikach ochrzcił Polskę mianem „szakala”. To chętnie podchwyciła sowiecka, a potem rosyjska propaganda, do dziś przedstawiająca Polskę jako hienę i usprawiedliwiająca swoją agresję 17 września 1939 r. W zachodnioeuropejskiej prasie z Polski zrobiono ukrytego sojusznika Hynkela i krytykowano moment podjęcia decyzji na odzyskanie Zaolzia. Brytyjski ambasador Howard Kennard - przedstawiciel państwa, które dopiero co poklepało nazistów po plecach - grzmiał o Polsce jako o... „wrogu pokoju nr 1”! Mówiono też - idąc za rozgoryczonymi Czechami, w tym ministrem Kroftą - o „nieszlachetnym ciosie sztyletem w plecy”. Ciekawe, czy minister Krofta pamiętał wtedy swoją przedmowę z książki Jana Seby. Wiele osób - nawet w Polsce - do dzisiaj się łapie na tę tanią propagandę i ją powtarza.
W rzeczywistości zwrot Zaolzia odbył się na podstawie - co prawda wymuszonej - umowy między dwoma państwami - Polską i Czechosłowacją. Nie był to sąd w rodzaju tego, jaki zachodnie państwa uprawiały w Monachium, czy zbrojna agresja w rodzaju sowieckiej 17 września 1939 r. Nikt też nie zginął podczas tej akcji. Polska nie miała dobrej prasy od 1934 roku, gdyż starała się balansować między Niemcami, a Aliantami. Nie wyraziła sprzeciwu wobec remilitaryzacji Nadrenii, czy Anschlussu Austrii. Do wiosny 1939 roku uznawano ją za cichego sojusznika Niemiec. Nie sądzę by kwestia Zaolzia to jakoś zmieniła. Zresztą Wielka Brytania bardzo chętnie oskarżała Polskę o to, co sama czyniła.
Zadziwiające jest też, że nikt w Europie jakoś nie nazywał zbrodniczych działań czechosłowackich ze stycznia 1919 roku „ciosem sztyletem w plecy”, czy „byciem szakalem/hieną”...
Tu należy podkreślić: sprawa Zaolzia miała absolutnie zerowe znaczenie na arenie międzynarodowej dla sojuszy polskich i kampanii roku 1939, nie wpłynęła w żaden sposób na kwestię postrzegania, czy pomocy Polski w tym czasie. Z sondaży przeprowadzonych we Francji i Wielkiej Brytanii latem 1939 roku jednoznacznie wynikało, że na wypadek agresji Niemiec należy udzielić Polsce wszelkiej pomocy. Odpowiedzi takiej udzieliło w obu krajach po 76 % respondentów. Przeciw zaś byli głównie komuniści i skrajna prawica.
* * *
Pozostaje jeszcze, naturalnie, pytanie o sens. Czy było warto?
Odpowiem tak:
Zdecydowanie było warto. Pomijając już akt sprawiedliwości i odzyskanie dla Polski ludzi, którym reżimek znad Wełtawy odebrał prawo do demokratycznego opowiedzenia się w plebiscycie, to znaczenie strategiczne także było duże. I było to jedno z bardzo mądrych posunięć władz sanacyjnych, na równi z wymuszeniem stosunków z Litwą w marcu tego samego roku (co już opisywałem)
Gdyby bowiem Polska nie przejęła Zaolzia, przejęliby je Niemcy. Ci wkroczyli na tereny Czechosłowacji dzień przed Polakami. Gdyby weszli na Zaolzie, przejęliby nie tylko potężny przemysł Zagłębia Karwińskiego i Trzyńca, ale przede wszystkim - Bogumin i jego bezcenną linię kolejową, łączącą Czechy ze wschodnią Słowacją. Oznaczałoby to, że w 1939 roku Wehrmacht mógłby atakować bez przeszkód na całej długości granicy słowackiej.
Bogumin jednak został zajęty 7 października 1938 r. szybkim marszem przez Oddział Wydzielony płk dypl. Kazimierza Dworaka, uprzedzając oddziały niemieckie. A ponieważ Bogumin znalazł się w polskich rękach, Niemcy z niego nie mogli korzystać. Węzeł kolejowy został zdewastowany tak dokładnie przez polskie oddziały, że Niemcy uruchomili go dopiero w 1940 roku. Wskutek tego Niemcy nie mogli atakować z terenów wschodniej Słowacji. Pozwoliło to znacząco wydłużyć obronę i przedostać się tysiącom Polaków na Węgry i Rumunię.
A samo Zaolzie? Chociaż „dobzi” Alianci, dbając o dobre samopoczucie Czechów, żądali od Polski zrzeczenia się pretensji do Zaolzia w 1942-1943 roku, to powojenny komunistyczny rząd Polski nie miał takich rozterek. Marszałek Michał Rola-Żymierski, po wielu latach, odnalazł w swoich żyłach tę jedną kroplę polskiej, legionowej krwi i chciał Zaolzie odzyskać w czerwcu 1945 roku. Tak, jak generał Bortnowski siedem lat wcześniej. Wówczas jednak wmieszał się Stalin. Ale - to już inna historia.
Warto mieć to wszystko w pamięci, gdy następnym razem ktoś będzie mlaskać przy Was o polskiej „hańbie” z powodu Zaolzia.
PS Zwróciliście uwagę, że Polacy mają się wstydzić wszystkiego, co robiła II RP, a niczego, co robili komuniści w latach 1943-1989?

Zgodnie z obietnicą, dzisiaj będzie o Zaolziu - temacie rzekomo „kontrowersyjnym”, „powodzie do wstydu”. Wszak w 1938 roku sanacyjna Polska, prężąc swe pseudomocarstwowe muskuły, wymachując szabelką, najechała biedną, osamotnioną Czechosłowację, wbiła jej nóż w plecy i dokonała rozbioru. I to z kim! Z samym diabolicznym Adenoidem Hynkelem!
Jeśli mówicie (i co gorsza - naprawdę tak myślicie) tak, jak powyżej, to ja was pozdrawljaju, możecie zgłosić się do rosyjskich farm trolli w Olgino. Bo najczęściej taki bełkot o Polsce, Czechosłowacji i Zaolziu produkują dzisiaj Sowie… Rosjanie. Uzasadniając tym samym swoją agresję na Polskę 17 września 1939 roku.
Jak więc było naprawdę?
* * *
©