wz
Dzieje Zaolzia   Historie Těšínského Slezska
 
 
 
Zachodnia część Księstwa Cieszyńskiego
Západní částTěšínského knížectví
Sporne Zaolzie

Zajęcie przez Polskę Zaolzia w 1938 r. jest dla naszych południowych sąsiadów wydarzeniem marginalnym. Nie ma prawie żadnych opublikowanych wspomnień dotyczących wydarzeń z 1938 r. na Zaolziu, związanych z koniecznością opuszczenia tego terenu przez Czechów...

Kilka tygodni temu minęło 90 lat od czeskiego ataku na Śląsk Cieszyński, rozpoczynającego otwarty konflikt Polski i Czechosłowacji; zaś jesienią ubiegłego roku miała miejsce inna okrągła rocznica – 70 lat od wkroczenia Wojska Polskiego na Zaolzie. Z obu rocznic jedynie ta druga spotkała się z pewnym, choć ograniczonym zainteresowaniem polskich mediów, i to raczej w kontekście Monachium, wspominana jako współudział w rozbiorze Czechosłowacji, bez wgłębiania się w samą istotę tego wydarzenia i uwarunkowania lokalne. Słowo „Zaolzie” funkcjonuje dziś w Polsce prawie wyłącznie w związku z 1938 r. jako symbol „hańby narodowej”, oderwane od szerszego kontekstu dziejowego, geograficznego i kulturowego.

Rozpowszechnione jest przekonanie, że Polacy powinni Czechów przeprosić za zabranie Zaolzia i że strona czeska tego oczekuje. Kilka lat temu w wywiadzie dla czeskiej telewizji uczynił tak gen. Wojciech Jaruzelski. Przepraszając za udział Ludowego Wojska Polskiego w interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 r., w realizacji której osobiście uczestniczył, zastrzegł, że zrobiłby po raz drugi to samo, ponieważ wymagała tego polska racja stanu. Wtedy też przeprosił za 1938 rok, dodając, że wkroczenie na Zaolzie było dużym błędem. Nie jest tutaj istotne, że Jaruzelski starał się usprawiedliwić działania, o których współdecydował, a potępił te, w których nie brał udziału. Nasuwają się inne wnioski:

W 1968 r. wolność Czechosłowacji miała mniejsze znaczenie niż bezpieczeństwo granic na Odrze i Nysie (gwarantowane przez sojusz z ZSRR) i równowaga między blokami światowymi. Na podobnej zasadzie niepodległościowe pragnienia Zaolziaków w 1938 r. miały ustąpić na rzecz wyższego celu – powstrzymania Hitlera i nie dopuszczenia do tragedii II wojny światowej. Wbrew obiegowym opiniom, w które wpisuje się wypowiedź Jaruzelskiego, wspólna walka Polski u boku Czechosłowacji w 1938 r. była w warunkach niechęci mocarstw zachodnich do wojny z Hitlerem skazana na porażkę. Czy jednak nie jest tak, że przepraszając Czechów próbujemy tak naprawdę przepraszać samych siebie za klęskę we wrześniu 1939 r.?

Tymczasem zajęcie przez Polskę Zaolzia w 1938 r. jest dla naszych południowych sąsiadów wydarzeniem marginalnym. Nie ma prawie żadnych opublikowanych wspomnień dotyczących wydarzeń z 1938 r. na Zaolziu, związanych z koniecznością opuszczenia tego terenu przez Czechów. W powszechnej świadomości czeskiej Zaolzie po prostu nie istnieje (nie ma nawet dokładnego czeskiego odpowiednika tego słowa).
Przepraszanie ze strony Polaków za egzotyczne, nieznane Zaolzie, nic właściwie nie kosztuje. Na ocenę wydarzeń z przeszłości przenosi się dzisiejszy sympatyczny obraz południowych sąsiadów, ukształtowany w zasadzie dopiero po wojnie poprzez kulturę popularną, film, literaturę i wspólnotę losów w komunizmie. Lecz historia sprawiła, że Zaolzie nigdy nie weszło na stałe do ogólnopolskiej tradycji narodowej.

W Księstwie Cieszyńskim, które od XIV w. stanowiło lenno Czech, polski ruch narodowy narodził się w latach 40. XIX wieku, gdy szersze warstwy ludności zaczęły zyskiwać prawa obywatelskie i uczestniczyć w życiu publicznym. Może się wydawać, że nastąpiło to bardzo późno, jednak mówimy o czasie, gdy na obszarach Polski „centralnej” znaczna część ludności chłopskiej nie miała świadomości narodowej. Powołana w październiku 1918 r. w momencie upadania monarchii austro-węgierskiej Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego (dalej: RNKC) stanowiła wyraz samostanowienia miejscowej ludności, zgłaszającej swój akces do Rzeczpospolitej, a więc Polska nie przyszła na Śląsk Cieszyński z zewnątrz. RNKC wraz z czeskim Národním výborem w listopadzie 1918 r. dokonała podziału Śląska Cieszyńskiego, w ramach którego większa część przyszłego Zaolzia znalazła się pod kontrolą Polaków, co odzwierciedlało rzeczywiste stosunki etniczne. Ostateczny przebieg granicy miały ustalić rządy w Warszawie i Pradze, jednak 23 stycznia 1919 r. strona czeska zaatakowała korzystając z tego, że większa część oddziałów polskich została przerzucona z Cieszyna do walk z Ukraińcami. Czeski atak zatrzymał się na linii Wisły, a 30 stycznia pod naciskiem Ententy doszło do zawieszenia broni. Do plebiscytu, który miał pomóc rozstrzygnąć spór, a którego przygotowaniom towarzyszyła eskalacja przemocy ze strony czeskiej, w końcu nie doszło. O przyszłości spornego obszaru zadecydowała Rada Ambasadorów w Paryżu 28 lipca 1920 r., przyznając Czechosłowacji bardziej uprzemysłowioną część Śląska Cieszyńskiego wraz z kopalniami węgla, hutą w Trzyńcu i połączeniem kolejowym ze Słowacją. Był to obszar zamieszkiwany przez 140 tys. Polaków (wg spisu ludności z 1910 r.).

28 lipca stanowił dla strony czeskiej koniec problemu. Dla Polaków był to jego początek. Uniemożliwione zostało nawiązanie sojuszu lub bardziej przyjaznych stosunków pomiędzy oboma państwami. Warunki życia ludności polskiej w Czechosłowacji nie były w pełni demokratyczne. Konsekwencją lekceważenia prawa do samostanowienia była konieczność wzmocnienia „czeskiego żywiołu” na pograniczu, a co za tym idzie wspieranie postaw oportunistycznych i przekształcanie obrazu kulturowego w celu wykorzenienia miejscowych tradycji. W pierwszym okresie władzę w gminach sprawowały zarządy komisaryczne; wprowadzano je czasem także w późniejszych latach w ważniejszych miastach, jak Karwina czy Trzyniec, w celu usunięcia polskich władz gminnych wybranych w wyborach samorządowych. Urzędnikami i żandarmami ustanawiano napływowych Czechów. Poprzez nacisk ekonomiczny skłaniano ludzi do wysyłania dzieci do czeskich szkół. Towarzyszył temu atrakcyjny pakiet – większa szansa na stabilną i lepiej płatną pracę, wsparcie socjalne. Osoby narodowości polskiej bardziej były narażone na bezrobocie, kolejarze byli przenoszeni z Zaolzia w głąb republiki, górale nie mogli załapać się na prace przy zwózce drewna. Dochodziło do podziału w społeczności i w rodzinach.

Czescy historycy zdawali się często nie dostrzegać tych aspektów lub starali się im zaprzeczać. Jak dotąd literatura czeska na temat dziejów Zaolzia jest wielokrotnie mniejsza niż polska. Nie doczekała się poważniejszego studium Śląska Macierz Oświaty Ludowej, pełniąca istotną rolę w umacnianiu „czeskiego żywiołu” na Śląsku Cieszyńskim. Pomimo współdziałania tej organizacji z administracją państwową, prawie wszystkimi czołowymi osobistościami czeskimi w regionie, niezależnie od orientacji politycznej, czescy badacze próbują pomniejszać jej rolę. Dan Gawrecki, autor najpełniejszego jak dotąd czeskiego opracowania poświęconego sytuacji politycznej na Śląsku Cieszyńskim w okresie I republiki („Politické a národnostní poměry v Těšínském Slezsku 1918-1938”, Český Těšín 1999) podaje, że śledztwa organów policyjnych nigdy nie potwierdzały zasadności skarg Polaków (!). Jego zdaniem nie można mówić o asymilacji w stosunku do ludzi o nie do końca wyrobionej świadomości narodowej(?!). Jednocześnie czeski badacz definiuje narodowość jako „subiektywną kategorię określaną przez wolny wybór, uzależniony od okoliczności materialnych, państwowo prawnych czy politycznych”. W latach 20. jeden z przywódców Śląskiej Macierzy Oświaty Ludowej twierdził zaś, że „miłość do ojczyzny zależna jest przede wszystkim od warunków życiowych jednostki”.

Niestety, kwestia rodzenia się czeskiej świadomości narodowej na Zaolziu nigdy nie stała się przedmiotem poważnych badań. Również polscy historycy nie byli zainteresowani losami czeskiej społeczności na Zaolziu, nie dostrzegając, że w jej rozpoznaniu tkwi klucz do własnych dziejów. Nie otwierano się na głos tych, którzy zmieniali swoją narodowość lub byli jej pozbawiani. Uznawani za zdrajców – byli izolowani i zaczęli tracić kontakt ze swoją wspólnotą, krewnymi; stali się milczącą, lecz coraz liczniejszą grupą.

Podstawowy spór polega więc na tym, czy ubytek liczby Polaków na Zaolziu był efektem swobodnej deklaracji Ślązaków, czy wynikiem polityki asymilacyjnej. W samej Polsce znajdują się historycy, którzy spłycają problem ucisku Zaolziaków hasłem „A u nas biją Murzynów”, czemu chętnie przytakują historycy czescy i spychają polsko-czeski dialog na płaszczyznę stosunków polsko-ukraińskich w czasach II RP.

Gawrecki rozróżnia podejście badaczy z Polski i ironizuje na temat historyków z Zaolzia. Przytacza np. opinię prof. Jerzego Kozeńskiego z Poznania, że Polacy zaolziańscy wmawiali sobie istnienie ucisku narodowościowego. Historycy z Polski centralnej zajmujący się raczej problematyką geopolityczną, dla których Zaolzie jest tak samo anonimowe, jak wiele innych prowincjonalnych powiatów, nie przywiązują wagi do miejscowych problemów i są bardziej skłonni do potępiania polityki Becka z 1938 r. niż badacze znający miejscowe uwarunkowania i opierający swoje tezy również na własnym doświadczeniu. Zmarły przed kilkoma laty badacz dziejów Śląska Cieszyńskiego, pochodzący z Zaolzia Edward Buława, z autopsji znał nacisk ekonomiczny lat 30.-tych, gdy musiał przejść do czeskiej szkoły, aby ojciec mógł powrócić do pracy na kopalni i chociaż wiele dzieci w czeskiej szkole z czasem ulegało asymilacji, przyłączenie Zaolzia do Polski w 1938 r. stanowiło dla większości starszych mieszkańców zakończenie obcego zaboru.

Terror hitlerowski, dążący do likwidacji polskich elit i przekształcenia reszty ludności w mięso armatnie poprzez forsowanie narodowości śląskiej i volkslisty, następnie zaś rewanż ze strony Czechów po 1945 r., przyczyniły się do kolejnego spadku liczby Polaków na tym terenie. W czasach komunistycznych asymilacja postępowała w warunkach uniformizacji i względnego dobrobytu. Zwalczano wszelkie tendencje mające na celu ożywienie skostniałych struktur i sformułowanie programu pomyślnego rozwoju polskiej społeczności. Następowała też ogromna dewastacja ekologiczna w zagłębiu węglowym, prowadząca do zaniku całych miejscowości, zamieszkiwanych przez zwarte grupy Polaków (w tym „starej” Karwiny, dawniej największego polskiego miasta na Zaolziu).

Obecnie w Republice Czeskiej mniejszość polska cieszy się demokratycznymi prawami i otrzymuje wsparcie od państwa. Nie ma jednak wymiany myśli i poglądów ze społeczeństwem większościowym. Do czeskiej opinii docierają najwyżej sygnały o sporach na szczeblu lokalnym, o wprowadzanie dwujęzycznych napisów, utrzymywanie polskich szkół z coraz mniejszą liczbą dzieci itp. W wielu samorządach nie ma zrozumienia dla problemów Polaków, co wynika z nieznajomości rzeczy i z tego, że wiedzę historyczną zastępują ukształtowane w przeszłości stereotypy.
Przypadku Zaolzia nie da się zamknąć w ramach podrzędnie traktowanej historii lokalnej, gdyż procesy zachodzące na tym obszarze w ciągu ostatnich stu lat mają charakter uniwersalny. Jest to nie do końca rozpoznane laboratorium, w którym można z bliska przyjrzeć się problemom narodowości, tożsamości, asymilacji i zastanowić nad ich znaczeniem. Nienaturalne jest na dłuższą metę utrzymywanie takiego stanu rzeczy, w którym Zaolzie stanowi „czarną dziurę” na mapie Republiki Czeskiej.

Przebłyski przemian
Dopiero w ostatnich latach czescy historycy zaczynają bliżej interesować się polską społecznością. Niedawno prof. Mečislav Borák stwierdził w audycji Barbary Schabowskiej w radiowej Dwójce, że Czesi powinni wstydzić się za swój atak w styczniu 1919 r. i byłoby stratą dla samych Czechów, gdyby Polacy zaolziańscy zniknęli. Ostatnio opracowany czeski podręcznik dziejów II wojny światowej na ziemiach czeskich dla nauczycieli poświęcił cały rozdział sytuacji Polaków na Zaolziu. To jednak dopiero początek długiej drogi. Moralne zadośćuczynienie przebija się powoli...

Konieczność walki Polaków zaolziańskich o zachowanie własnej tożsamości pchnęła ich do niesamowitej aktywności kulturalnej we wszystkich gminach. Pomimo bezlitosnych czynników demograficznych, poczucia osamotnienia, wyczerpywania się niektórych sposobów dotychczasowej działalności i dramatycznej potrzeby poszukiwania nowych form utrzymywania polskości w XXI wieku, obecność Polaków na Zaolziu zostanie być może wreszcie doceniona w obu krajach.

Znajomość kultur obu narodów najbardziej do siebie podobnych i jednocześnie najbardziej się od siebie różniących w Europie może sprawić, że bycie Polakiem na Zaolziu zacznie być postrzegane jako coś atrakcyjnego – przygoda, w której warto uczestniczyć. Posiadanie dwóch perspektyw i czerpanie z doświadczeń obu narodów może się przyczynić do powstania mostu kulturalnego pomiędzy Polską a Czechami. Mostu, po którym do niedawna wolano przemykać się ukradkiem i po cichu. Wiele zależy od przełamania ignorancji i dobrej woli Warszawy i Pragi. Najwięcej jednak od samych Zaolziaków.

Grzegorz Gąsior


Źródło