wz
 
 
 
Dzieje Zaolzia   Historie Těšínského Slezska
Zachodnia część Księstwa Cieszyńskiego
Západní částTěšínského knížectví
W I Republice (1920–38)


W wyniku decyzji Rady Ambasadorów z 28 lipca 1920, w stosunkach polsko-czechosłowackich powstał problem uniemożliwiający nawiązanie przyjaznych relacji pomiędzy obydwoma państwami. Dla Czechosłowacji oficjalnie spór o Śląsk Cieszyński wówczas się zakończył, dla Polski – a także dla miejscowej ludności polskiej – było to źródło dalszego konfliktu. Mniejszość polska osiągnęła wysoki poziom organizacji życia politycznego i kulturalnego, utrzymujący się jeszcze od czasów austriackich, jednak w granicach Czechosłowacji była zbyt małą grupą narodową, by móc efektywnie walczyć o swoje prawa, a system demokratyczny państwa posiadał wiele ograniczeń. Polska przy tym nie pogodziła się z utratą Zaolzia, a Sejm II RP nigdy nie ratyfikował decyzji Rady Ambasadorów.

Po przyłączeniu Zaolzia do Czechosłowacji we władzach gminnych wprowadzono komisje administracyjne zdominowane przez Czechów i ślązakowców. Władze czechosłowackie zdawały sobie sprawę z niechętnego nastawienia ludności do siebie. Czeskie życie społeczne było rozwinięte na obszarach, na których istniało już przed I wojną światową, a więc w zachodniej części powiatu frysztackiego. Śląski prezydent krajowy w Opawie Josef Šrámek opracował plan polityki asymilacyjnej, która miała zapewnić zwalczanie nastrojów irredentystycznych. Projekt nie stał się nigdy oficjalną wykładnią polityki państwa, działania asymilacyjne były jednak realizowane, przy czym administrację państwową wyręczały w tej kwestii organizacje społeczne, przede wszystkim Slezská Matice osvěty lidové (Śląska Macierz Oświaty Ludowej, SMOL), stowarzyszenie formalnie troszczące się o czeskie szkolnictwo, w praktyce zrzeszające lub kooperujące z wszystkimi przedstawicielami czeskiej administracji i życia gospodarczego w regionie i skupiające swoją aktywność na opanowaniu maksymalnych pozycji w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym przez Czechów.

Praktycznym uzasadnieniem tej działalności było zapewnienie bezpieczeństwa państwa i jego granic, ideologicznym – teoria „spolszczonych Morawców”, według której autochtoniczną ludność Śląska Cieszyńskiego tworzyli Morawcy (czyli gałąź narodu czeskiego), którzy w XIX wieku zostali rzekomo spolonizowani lub zgermanizowani. Chodziło więc o ich „odzyskanie” dla narodu czeskiego. Służyć temu miało tworzenie sieci czeskich szkół. Rodziców dzieci pozyskiwano oferowaniem korzyści: prezentami (w postaci butów i ubrań), dożywianiem, pomocą w uzyskaniu pracy lub korzystnego kredytu, wydawaniem pozytywnej opinii w przypadku osób pochodzących z Polski i ubiegających się o obywatelstwo czechosłowackie, załatwieniem ulg lub odroczeniem spłaty długów w czeskich instytucjach finansowych. Grożono też zwolnieniem z pracy lub przeniesieniem służbowym do innej części państwa (w wypadku kolejarzy). Stopniowo, wraz z uzyskaniem wpływów gospodarczych i powiększaniem się liczby czeskich pracowników administracji w firmach pozostających w rękach niemieckiego kapitału, wzrastały możliwości oddziaływania władz. Te same metody stosowano także wobec Niemców, jednak z uwagi na ich silną pozycję gospodarczą (posiadali dużą część przedsiębiorstw), było to mniej skuteczne.

Także Polacy nie pozostawali bezbronni. Ustawodawstwo czechosłowackie gwarantowało im własne szkolnictwo, organizacje, partie polityczne. Od 1923 roku, gdy odbyły się pierwsze wybory samorządowe, odzyskali wpływy w przedstawicielstwach gminnych. W 1925 roku po raz pierwszy mogli wziąć udział w wyborach parlamentarnych i wybrać swojego posła do Zgromadzenia Narodowego, którym został Leon Wolf (Związek Śląskich Katolików). Po nim funkcje te pełnili przedstawiciele dwóch innych polskich stronnictw – Emanuel Chobot (Polska Socjalistyczna Partia Robotnicza) i Jan Buzek (Stronnictwo Ludowe), a po nich ponownie Wolf. Od 1929 roku Polacy mieli też przedstawiciela w Sejmie Krajowym w Brnie (Karol Junga, ZŚK). Posłowie polscy podejmowali liczne interwencje na rzecz dyskryminowanych Polaków, nie byli jednak w stanie radykalnie zmienić położenia ludności. Z polskimi stronnictwami współpracowała też Śląska Partia Ludowa, nie odgrywała jednak większej roli poza Czeskim Cieszynem, gdzie przez wiele lat stanowisko burmistrza pełnił jej szef Józef Kożdoń. Mandat poselski w Zgromadzeniu Narodowym sprawował też od 1925 r. jeszcze jeden Polak, Karol Śliwka, z ramienia Komunistycznej Partii Czechosłowacji.

Polacy dysponowali jednak przede wszystkim rozbudowanymi strukturami organizacyjnymi. Oprócz partii politycznych były to stowarzyszenia spółdzielcze (m.in. Centralne Stowarzyszenie Spożywców w Łazach, posiadające sklepy na całym Zaolziu), towarzystwa gimnastyczne („Sokół”, „Siła”), Macierz Szkolna w Czechosłowacji, Towarzystwo Nauczycieli Polskich, Towarzystwo Rolnicze, Harcerstwo Polskie w Czechosłowacji i wiele innych organizacji, w tym także młodzieżowych czy wyznaniowych, liczne chóry, teatrzyki amatorskie, kasy oszczędnościowe, ochotnicze straże pożarne. Dzięki temu zapleczu mogli częściowo przeciwstawiać się presji asymilacyjnej. Urządzali też zbiórki na rzecz dzieci polskich szkół. Finansowego wsparcia udzielała Polska, w tym Konsulat Generalny w Morawskiej Ostrawie.

Pozycja Polaków w latach 20. i 30. (pomimo przejściowego sukcesu związanego z wyborami w 1923 i 1925 roku) nieustannie słabła. Kilkakrotnie dochodziło do usuwania wybranych w wyborach samorządowych polskich władz gminnych i burmistrzów oraz wprowadzania komisji administracyjnych, szczególnie w ważniejszych miastach. Spisy ludności, w których realizacji uczestniczyły w większej części osoby wyznaczone przez SMOL, wykazywały spadek ludności polskiej niemal o połowę w porównaniu z okresem austriackim. Rósł udział dzieci w czeskich szkołach i liczba członków w czeskich organizacjach, jednak ich większość stawała się raczej biernymi uczestnikami, nieprzejawiającymi większego zaangażowania.

Szkoły czeskie przechodziły stopniowo na utrzymanie państwa; większość polskich miała natomiast charakter publiczny – utrzymywana była przez gminy, co stanowiło dodatkowe obciążenie finansowe dla jej mieszkańców. Kilka ważnych placówek polskich pozostało prywatnych. Kuźnią polskiej inteligencji pozostawało istniejące od 1909 r. prywatne gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Orłowej.

Na szczeblu międzypaństwowym zbliżeniem z Polską były zainteresowane czechosłowackie kręgi wojskowe; w latach 1923–35 podjęto tego rodzaju współpracę, w 1925 roku podpisano umowę, która między innymi miała dawać gwarancje rozwoju mniejszości polskiej. Jednak prezydent Czechosłowacji Tomáš Garrigue Masaryk i minister spraw zagranicznych, a od 1935 roku następca Masaryka, Edvard Beneš nie chcieli wiązać się sojuszem z Polską, zagrożoną z dwóch stron – przez Niemcy i ZSRR. Z kolei Józef Piłsudski oraz minister spraw zagranicznych Józef Beck uważali Czechosłowację za państwo sezonowe. W grudniu 1931 Józef Beck przedstawił Piłsudskiemu referat, w którym stwierdzał, że bez poprawy losu Polaków w Czechosłowacji nie może dojść do odprężenia politycznego.

Szansą na polsko-czeskie pojednanie na Śląsku Cieszyńskim wydawało się wspólne uczczenie pamięci polskich lotników Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, którzy zginęli w katastrofie samolotu 11 września 1932, rozbijając się na terenie zaolziańskiego Cierlicka. Obchody rocznicowe zakłócił jednak spór o obsadzenie stanowiska miejscowego proboszcza po śmierci polskiego księdza Oskara Zawiszy w 1933 roku. Wprowadzony dzięki zakulisowym staraniom SMOL czeski duchowny został wrogo przyjęty przez parafian, którzy domagali się jego usunięcia. Zamiast miejscem pojednania Cierlicko stało się zarzewiem kolejnego konfliktu.

Jesienią 1933 również stosunki na szczeblu państwowym pomiędzy Polską a Czechosłowacją zaczęły się pogarszać. Po podpisaniu w 1932 roku układu o nieagresji z ZSRR, a w 1934 z Niemcami, Rzeczpospolita odsunęła na jakiś czas niebezpieczeństwo agresji z ich strony. W styczniu 1934 cieszyńskie obchody 15. rocznicy ataku czechosłowackich legionistów na Śląsk Cieszyński, podczas których wskazywano również na dyskryminację Polaków na Zaolziu, spotkały się z negatywną reakcją czeskiej prasy, która zaprzeczała polskim twierdzeniom. W Polsce prasa prorządowa wszczęła kampanię propagandową przeciw Czechosłowacji, wskazując na prześladowania zaolziańskich Polaków, posuwając się jednak przy tym w wielu miejscach do agitacyjnej przesady. W 1935 roku rozpoczęły też działalność niewielkie polskie grupy dywersyjne, które podjęły akcje małego sabotażu i działalność propagandową. W tym samym roku Czechosłowacja zawarła sojusz z ZSRR.

W 1937 roku wraz z radykalizacją dążeń Niemców sudeckich rząd czechosłowacki zaczął brać pod uwagę niektóre postulaty mniejszości. Polakom premier Milan Hodža obiecał przerwanie represji, upaństwowienie szkół polskich, przede wszystkim gimnazjów, przeniesienie służbowe polskich kolejarzy z powrotem na Śląsk Cieszyński. Częściowe ustępstwa przyszły jednak za późno, w chwili, gdy Czechosłowacja znalazła się pod silną presją Niemiec, a także nakłaniających ją do ustępstw mocarstw zachodnich – Francji i Wielkiej Brytanii. Niemcy sudeccy zaczęli podnosić coraz większe żądania wobec czechosłowackiego rządu, oficjalnie domagając się utworzenia autonomii na zamieszkiwanych przez nich terenach. W marcu 1938 polskie stronnictwa na Zaolziu (z wyjątkiem PSPR) połączyły się w Związek Polaków w Czechosłowacji; kierując się zasadą, deklarowaną także przez ministra Becka, że mniejszość polska powinna otrzymać te same koncesje, co inne czechosłowackie mniejszości, Polacy wystąpili z postulatem autonomii.

-----------------------------
Ks. Franciszek Michejda (pastor w Nawsiu, senior polskich zborów ewangelickich w Czechosłowacji):

W ogóle jest z tym nieszczęsnym podziałem zgryzot niemało na każdym kroku. Historie paszportowe są wprost okrutne i obliczone na to, by nam drugą część kraju uczynić cudzą, obcą. Aczkolwiek się na zewnątrz niby nic nie zmieniło, to nie czujemy się tu u siebie, oglądamy się na wszystkie boki, […] boimy się mówić swobodnie. U siebie czujemy się dopiero, gdy przejdziemy przez most w Cieszynie. To są rzeczy i odczucia osobiste, a cóż dopiero, gdy się zwrócimy ku warunkom naszego narodowego bytu, swojskiego życia. Wiecie, co się z szkołami dzieje, a co „Dz.C.” [„Dziennik Cieszyński”] w tej sprawie pisze, jest prawdą. Co do naszego Kościoła mieliśmy takie górne nadzieje jego rozwoju, a teraz musimy staczać walkę o nasz byt. […] Ciężko mi będzie odejść z tego świata, nie dla mnie, bo dosyć tego, a Pan mię nad innych pobłogosławił, ale dla przyszłości kraju i ludu.

Nawsie, 16 października 1920
Fragment listu Franciszka Michejdy z 16 października 1920, za: B. Michejda-Pinno Mały i wielki świat księdza Franciszka Michejdy z Nawsia [w:] O większą sprawę. Ks. Franciszek Michejda (1848–1921) red. E. Maszewska, B. Michejda-Pinno, J. Michejda, Katowice 2003, s. 43.

-----------------------------
Jan Grabowski (mieszkaniec Ligotki Kameralnej):

Żyliśmy na odludziu, na zboczu Kiczery w willi Prochaski, gdzie ojciec znalazł zatrudnienie. […] Nasza willa to nie był zwykły budynek. To było cacko, luksus. Parter był z kamienia, a nad nim dwa drewniane piętra. Wewnątrz znajdowały się dwa wielkie salony. W nich były ogromne kaflowe piece. Paliło się tam drewnem. Jak się w nich napaliło, to one trzymały ciepło przez trzy dni. Oprócz tego były tam cztery pokoje, z których każdy był w innym stylu. Moja matka tam sprzątała.
Potem, chyba w roku 1921, ten budynek kupiło „Rodičovské sdružení” z Ostrawy-Witkowic i nazywało się to „České srdce”. Dali tam tablicę „České srdce Komorní Lhotka” i to już było czeskie. Zrobili z tego dziecięce sanatorium. Na każde wakacje przyjeżdżało tam około 120 dzieci z Ostrawy-Witkowic na miesiąc. Jeden miesiąc wakacji były dziewczęta, drugi miesiąc – chłopcy.
Ja najpierw chodziłem dwa i pół roku do polskiej szkoły w Ligotce Kameralnej. Gdy jeszcze chodziłem do polskiej szkoły, na Godowe Święta, ojciec mówi: „Dziecka, po Nowym Roku idziecie do czeski szkoły”. Wyjaśnił, że jego panowie z Ostrawy-Witkowic żądają, żeby dał dzieci do czeskiej szkoły. Tak więc po Nowym Roku nas pięcioro – cztery siostry i ja – dreptaliśmy z tatą do czeskiej szkoły, z płaczem. Płakaliśmy, bo byliśmy dziećmi, a dla nas była to wielka sprawa…nikt nie znał słowa po czesku.
Poszliśmy do czeskiej szkoły, żeby taty nie wydalili z tej willi. Mówili, że mogą sobie spokojnie wziąć „swojego człowieka”, czyli Czecha. Przyszliśmy więc do czeskiej szkoły, gdzie nauczyciel nas pięknie przywitał, ale dzieci się z nas śmiały. Bo myśmy mówili „po naszymu”, po polsku. Miałem wówczas może dziesięć lat, a mnie już to wówczas bolało. Już wtedy widziałem, że dzieje się coś niedobrego.

Ligotka Kameralna, 1920–23
Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA, sygn. AHM-Z-189, Relacja Jana Grabowskiego, 1914–2011

-----------------------------
Evžen Cedivoda (mieszkaniec Łazów):

W Łazach, w okresie I Republiki, dominowały dwie narodowości – czeska i polska. Niemców było bardzo mało, zaledwie kilku pracowników i urzędników koksowni. Było też kilku Żydów, głównie sklepikarzy i właścicieli gospód.
W pierwszych latach po zakończeniu konfliktu stosunki polsko-czeskie były dość dobre, choć nie rzucano się sobie na szyję. Miejscem spotkań Czechów był Dom Narodowy i gospoda „U Pěgřimka”, Polacy natomiast przesiadywali w gospodzie Gustawa Krainy. Komuniści mieli swój Dom Robotniczy, a ludowcy – członkowie stowarzyszenia „Orel” – spotykali się u Adolfa Krainy.
Polscy nauczyciele i urzędnicy rozmawiali ze sobą po polsku, czescy po czesku. Większość mówiła jednak „po naszemu” – w zwykłej rozmowie nie można było rozpoznać, kto jest Czechem, a kto Polakiem. Ja również jako mały chłopiec gadałem „po naszemu”. Tak zresztą było ze wszystkimi polskimi i czeskimi dziećmi.
[…] Pamiętam, że w kolonii, w której mieszkaliśmy, był niejaki Kapusta. Pochodził z Bochni, pracował w kopalni na Nowym Szybie. Kapusta ożenił się z dziewczyną, która pochodziła gdzieś z okolic Szonowa. Nie umiał czytać ani pisać, więc ona go nauczyła czytać, ale po czesku i… stał się Czechem.

Łazy, lata 20.
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 5–6.

-----------------------------
Alois Holeš  [członek Prezydium stowarzyszenia Slezská Matice osvěty lidové (SMOL)]:

Na czele walki depolonizacyjnej stoją koła Matice, które zrzeszają wszelkich czeskich ludzi. […] Największy ciężar pracy spada na nauczyciela, który na skutek miejscowych warunków w zakresie dialektu i kwestii socjalnych ma o wiele trudniejszą pracę niż w innych regionach. Po lekcjach musi poświęcać swoje zdolności i swój wolny czas pracy narodowej, wychowywać nie tylko młodzież, ale i dorosłych. […] Tu toczy się bój o każde dziecko do szkoły lub przedszkola, o każdy głos podczas wyborów, o dom lub kawałek pola, które są na sprzedaż, o ulokowanie przedsiębiorców w gminie, o zapewnienie pracy robotnikom i przedsiębiorcom, o ratowanie czeskiego człowieka przed zagrażającą redukcją w przemyśle, o każdą koncesję, o czeską mszę, o czeskie urzędy, o każdą ważniejszą pozycję w budżecie gminy, obserwuje się każdy krok i działanie w przeciwnym obozie i tak dalej.

Śląska Ostrawa, 1927
Činnost Slezské Matice osvěty lidové na Těšínsku a Hlučínsku za rok 1926 Slezská Ostrava 1927, s. 25.

-----------------------------
Kronika II czeskiej szkoły ludowej w Karwinie

W zakładach Spółki Górniczej i Hutniczej, zwłaszcza na Barbarze [kopalnia], wyczuwa się nowego ducha, objawiającego się przewagą czeskich urzędników i inżynierów, w których szkoła uzyskała pomoc jako od cichych, ale gorliwych i wpływowych pracowników, i jest bardzo uzasadniona nadzieja, że przyszłe zapisy [szkolne] będą tego dowodem.
Podsumowanie roku szkolnego 1926–1927
[…]
Zapisy na ten rok przebiegły pod znakiem największego wzrostu czeskiego szkolnictwa w Karwinie, albowiem zapisano łącznie 287 dzieci, a dokładniej 76 do klasy I, 78 do II, 33 do III, 40 do IV, 41 do V i 19 do pomocniczej.
Wielkie zasługi w tym, co prawda przewidywanym, choć nie w takim wielkim zakresie, i oczekiwanym sukcesie należą bez wątpienia za rejon Barbary do pana inżyniera Bedřicha Moslera i całej rzeszy pracowników, stojących pod względem socjalnym nisko, za to wysoko pod względem uczuć narodowych. Niestety nie da się tego w pełni powiedzieć o rejonie [kopalni] Hohenegger. I tam jest co prawda sporo (wolnych) naszych dobrych ludzi, ale ci, z jednej strony boją się, nie znajdując oparcia u swoich przełożonych, z drugiej także dlatego, że mają inne interesy, nie rozwijają tej działalności, która byłaby potrzebna do osiągnięcia większego sukcesu. Zresztą, otwarte prowadzenie walki, nawet walki sprawiedliwej, poza odosobnionymi wypadkami należy do wyjątków.

Karwina, 1927
Státní okresní archiv Karviná Kronika II czeskiej szkoły ludowej w Karwinie

-----------------------------
Memorandum Komitetu Centralnego SMOL (Alois Holeš, Ferdinand Pelc, Antonín Hořínek) w imieniu ludności czeskiej w sprawie realizacji spisu ludności w 1930 roku:

Spis ludności w 1921 roku odbywał się na Śląsku Cieszyńskim i Hulczyńskim w innych warunkach psychologicznych, niż w jakich będzie prowadzony tegoroczny spis ludności. Podział Śląska Cieszyńskiego i przyłączenie Śląska Hulczyńskiego do naszego państwa za sprawą bardzo silnej liczby niezdecydowanych oznaczało przyjęcie czechofilskiego stanowiska. Wynikało to w największej mierze z obawy, że nasze państwo będzie postępować z mniejszościami narodowymi metodami znanymi z okresu rządów austriackich i w sposób, który jest np. dostatecznie dobrze znany z polskiej polityki mniejszościowej.
Bardziej niż poprawne stanowisko naszego rządu w stosunku do mniejszości pozwoliło tymczasem ulotnić się czynnikowi strachu, a konsekwentne działania agresywnych organizacji niemieckich i polskich wzmacniają na naszych ziemiach planową intruzję, której cele niczym nie różnią się od planu utworzenia zamkniętego obszaru niemieckiego i które niestety sprawdziły się u Polaków, dając im przed dziesięciu laty podstawy argumentu narodowościowego dla podziału Śląska Cieszyńskiego.
Sześć milionów koron przyznawanych corocznie przez rząd warszawski Macierzy Szkolnej [w Czechosłowacji] jest wymownym dowodem prowadzonej roboty, a w polskich nauczycielach na Śląsku Cieszyńskim, opłacanych przez Polskę, mamy agitacyjną, wojowniczą awangardę polskiego żywiołu. […]
Znaczna część mieszkańców na Śląsku Cieszyńskim – Ślązacy – i na Śląsku Hulczyńskim – Morawcy – nie przekroczyła dotąd stadium patriotyzmu regionalnego, a więc proces ich związania z wyższą strukturą narodową nie został dotąd zakończony. O ile chodzi o Ślązaków, uważają się za Ślązaków-Ślązaków, a ich gwara „po naszemu”, dialekt o charakterze przejściowym i naukowo dotąd niezaszeregowany do żadnego języka narodowego sam w sobie nie pozwala na określenie przynależności narodowej. A więc miarodajne jest nie rozróżnienie językowe, ale poczucie przynależności emocjonalnej, kulturowej.
[…] Z tych powodów domagamy się, aby podczas tegorocznego spisu ludności nie był stwierdzany język (w jakiejkolwiek formie), ponieważ nie da się go sprawiedliwie zbadać, ale aby, tak jak podczas ostatniego spisu ludności – sprawdzano narodowość. Z praktycznych powodów domagamy się, aby znowu można było zapisywać: „Ślązak-Czechosłowak”, „Morawiec-Czechosłowak”.
[…] Sprawdzanie na podstawie języka, które w naszym regionie może powodować zamieszanie – w takim wypadku, gdy komisarzami spisowymi będą kierownicy polskich szkół, a komisje rewizyjne będą tworzone przy urzędach gminnych – będzie oznaczać, że nie tylko Ślązacy i nowi obywatele państwowi [chodzi zapewne o osoby pochodzące z Polski, którym opinie na temat udzielenia obywatelstwa czechosłowackiego wystawiała urzędom policyjnym SMOL – GG] przypadną Polakom.
Kierownicy polskich szkół w ogromnej większości mieszkają w swoich rodzinnych miejscowościach, są związani z ludnością więzami rodzinnymi i ta [ludność] zawdzięcza im wiele drobnych usług, tym bardziej że kierownicy polskich szkół w dużej części albo jako sekretarze gminni, albo dzięki szerszym horyzontom mają większy wpływ na załatwianie spraw w gminie. O finansowaniu ich pracy z zagranicy wspomniano już wcześniej.
Z powyższego jest jasne, że użycie ich jako komisarzy spisowych wyklucza wolny wybór, nawet gdy podczas spisu nie dojdzie do żadnych działań niezgodnych z prawem.
[…] Dla zachowania czystości przyznawania narodowości żądamy dalej, aby komisje rewizyjne nie były organizowane przy urzędach gminnych, ponieważ takie posunięcie całkowicie naruszałoby swobodę decyzji i tajność deklaracji. Zasadność tego postulatu wynika już z samego faktu bardzo dużego uzależnienia miejscowej ludności od wójtów i przedstawicielstw gminnych. Wójtowie gminy bywają wpływowymi działaczami w kasach Reiffeisena, towarzystwach gospodarczych itd. Pod tym względem o wiele lepiej sprawdzili się rewizorzy spisowi, mianowani podczas ostatniego spisu przez urzędy powiatowe.

Śląska Ostrawa, 4 kwietnia 1930
Archiv města Ostravy, f. Antonín Hořínek, karton 6, i. č. 15 Memorandum českého obyvatelstva Těšínska a Hlučínska o požadavcích při sčítání lidu v roce 1930

-----------------------------
Z artykułu w gazecie „Nasz Kraj”

Po wypowiedzeniu podziękowania za przyjęcie, po czesku, zaczął pan Prezydent [Tomáš Garrigue Masaryk] mówić po polsku i powiedział: „Pan burmistrz [Wacław Olszak] mnie zapewnia, że stosunki pomiędzy narodowościami w miejscu się szybko poprawiają i że dojrzewa myśl do wspólnej pracy pojedynczych narodowości. Bardzo wam to zalecam. Zgoda narodowościowa w całym państwie wymaga, aby i w pojedynczych gminach było wzajemne porozumienie i aby jeden drugiego wzajemnie respektował. Polacy mają tutaj większość i mają także odpowiedzialność tak, jak znów naród, który ma większość w republice, ma za to tym większą odpowiedzialność za zgodę narodową w całym państwie”. Po czesku dodał: „Dziękuję wam, czescy współobywatele. Cieszę się z tego, że tutaj znaleźliście środki do zaprzyjaźnienia się z narodem polskim”.

Karwina, 6 lipca 1930
Prezydent Masaryk w naszym kraju „Nasz Kraj” z 11 lipca 1930

-----------------------------
Jan Nowak-Jeziorański (harcerz z Warszawy):

Szlak jednej z harcerskich wędrówek prowadził poza granice Polski. Zaczęło się od Zlotu Skautów Słowiańskich w Pradze [28 czerwca – 2 lipca 1931]. Pamiętam, jak oklaskiwani przez tłumy śpiewaliśmy Wizję Szyldwacha, maszerując ulicami Pragi, i pamiętam wielkie ognisko, przy którym około tysiąca harcerzy słuchało gawędy Michała Grażyńskiego. Ówczesny przewodniczący ZHP przypominał, że w tym samym miejscu nad Wełtawą rozpalały swe ogniska blisko tysiąc lat temu wojska Chrobrego. – Wprawdzie nie było w tym przypomnieniu żadnych zaborczych aluzji wobec południowego sąsiada – niemniej jednak Grażyński, który nie lubił Czechów, postanowił – niewątpliwie za zgodą min[istra] Becka – spłatać im politycznego figla. Po zlocie, w drodze powrotnej, wydzielono grupę około trzystu harcerzy i kazano nam opuścić pociąg Praga-Kraków w Morawskiej Ostrawie. Na dziedzińcu konsulatu RP odbyło się coś w rodzaju wojskowej odprawy. W krótkich słowach przypomniano nam całą historię Zaolzia. „Jesteście na ziemi – mówił konsul [Karol Ripa] – zamieszkanej od wieków przez ludność polską. Tym ludziom, odciętym od Macierzy kordonem granicznym – macie świadczyć waszą obecnością, że Polska o nich nie zapomniała”.
Z Morawskiej Ostrawy w małych grupach po kilkunastu rozeszliśmy się na całe Zaolzie. A szlaki nasze tak zostały wytyczone, że żadne miasteczko, nawet najmniejsza wioska i osada górnicza nie zostały pominięte. Entuzjazm, z jakim nas witano, ogniska harcerskie, które ściągały dosłownie wszystkich – od starców do małych dzieci – wspólny śpiew, wszystko to utkwiło mocno w pamięci.
Grażyński działał przez zaskoczenie. Czesi nie byli uszczęśliwieni, jednak nie bardzo wiedzieli, co robić z całą tą harcerską inwazją. Czescy żandarmi obserwowali nas nieufnie, ale z przyzwoitej odległości. Do żadnych incydentów z władzami nie doszło.

Czerwiec-lipiec 1931
Jan Nowak-Jeziorański Kurier z Warszawy s. 16–17

-----------------------------
Alojzy Sznapka  (nauczyciel polskiej szkoły w Suchej Górnej):

11 września 1932 już o godzinie 8.00 rano byłem w szkole, aby załatwić sobie administracyjne sprawy służbowe. Pogoda była brzydka. Nagle zrywa się niespodziewany wicher przechodzący w huragan. Powietrze napełniło się grubą warstwą kurzu tak, że na krok nie było widać. Drzewa przyginały się do ziemi. Do dyrekcji górnosuskiej szkoły wstępuje tercjan Sylwester Śliwka i razem obserwujemy wichurę. Wśród ryku wichru odróżniamy charakterystyczny warkot. Samolot, przebiega nam przez głowę myśl. Niepodobna. Nic nie widzimy. Za godzinę rozchodzi się nieprawdopodobna wieść. Radio podało smutną wiadomość: „Polscy zwycięzcy powietrza Żwirko i Wigura ulegli strasznej katastrofie lotniczej w Cierlicku na Kościelcu”.
Samochodem z córką Ludmiłą jedziemy na miejsce katastrofy. Tysiące ludzi z obu stron granicy śpieszy na miejsce tragedii. Trudno opisać wrażenie. Połamane drzewa lasku, strzaskane szczątki samolotu rozrzucone w szerokim obwodzie. Wojsko czeskie wraz z żandarmerią otoczyło kordonem miejsce wypadku, dopóki zmasakrowanych zwłok lotników nie złożono w kostnicy na Kościelcu.
Następnego dnia, w poniedziałek, odbyła się uroczystość żałobna. Po przemówieniu ks. O[skara] Zawiszy oficerowie i Sokoli wynieśli na ramionach trumny i złożyli na samochodach, nakrywając je polskimi flagami. Przed nimi na poduszkach niesiono ordery i odznaczenia. Orszak żałobny ruszył drogą do Cieszyna odprowadzony przez miejscowego proboszcza ks. Zawiszę. Towarzyszyło [im] dziewięć samolotów z Ołomuńca, jako służba honorowa, i wojsko czeskie z generałem na czele. Na cieszyńskim moście trumny przejęli oficerowie polscy ze wszystkimi honorami wojskowymi. Granica czesko-polska zniknęła.

Sucha Górna, Cierlicko, 11–12 września 1932
Otokar Matuszek Spadli z nieba „Kalendarz Śląski” 2003, Czeski Cieszyn 2002, s. 91

-----------------------------
Erich Motloch

Tata był górnikiem, ślusarzem na kopalni Gabriela. Wcześniej, jeszcze zanim się urodziłem, podczas katastrofy górniczej z 1924 roku, ojciec podtruł się gazami i stracił przytomność na dwa dni. Później z tego powodu ciężko chorował. Pierwszej mamy zbytnio nie pamiętam, bo zmarła kiedy miałem siedem lat. Tata ożenił się po raz drugi z drugą mamą, która pochodziła ze Stonawy. Bardzo dobra mama, muszę powiedzieć.
Narodowość nie była w nas wżyta, przynajmniej we mnie, ani u taty nigdy tego nie widziałem. Tak naprawdę nie czułem się niczym. Ojcowie nasi mówili, że tarcia narodowościowe zaczęły się tutaj, kiedy zamknięto kopalnię Salma w Ostrawie. „Sztajgerzy”, mówiono im, „Salmiocy”, rozwirowali te tarcia narodowościowe. To byli Czesi z Ostrawy.
Mówi się, że za I Republiki kłócono się między Polakami i Czechami, ale żeby prawdę powiedzieć, to ja tego nie przeżyłem. Nie było żadnej różnicy, bo i my z czeskiej szkoły mówiliśmy „po naszymu”. My, chłopcy z czeskiej czy polskiej szkoły chodziliśmy razem do domu, w domu bawiliśmy się, biegaliśmy po ogrodzie, graliśmy różne gry itd.
W kolonii górniczej były książki, ale tylko polskie widziałem i je sobie potem tak pożyczali jeden drugiemu. Tak normalnie książek nie kupowano, bo nie było pieniędzy.

Karwina, lata 30.
Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA, sygn. AHM-Z-115, Relacja Ericha Motlocha, ur. 1924

-----------------------------
Z zapisu zebrania sekretarzy powiatowych SMOL

[Prezes Alois Holeš] Zwraca uwagę na negatywne wystąpienia Polaków przeciw naszemu narodowi i państwu podczas obchodów 15. rocznicy bitwy pod Skoczowem, które wywołały niesamowite wzburzenie wśród czeskich mieszkańców Śląska Cieszyńskiego, i podkreśla, że należy sobie uświadomić, jakie konsekwencje wyprowadzić z tego zachowania Polaków. […]
[Prof. Václav Placht:] Dotychczas byliśmy w defensywie. Teraz trzeba przejść do ofensywy. Co da się czechizować, czechizować. Sprawa jest konieczna. […] Naszym pierwszoplanowym zadaniem musi być sporządzenie praktycznego planu. Każdy sekretarz powiatowy niech zrobi sondę, gdzie nasze pozycje są słabe (koncesje, kasy oszczędnościowe itd.). Rzucić się na konkretne punkty. Gdzie jest zagrożenie, przeciwstawić się mu, pokonać je. […] Musimy rzucić się na szkoły. W zeszłym roku odnieśliśmy ogromny sukces. Wytężyć siły, aby do czeskich szkół zapisano największą liczbę dzieci. […] Również kwestia dialektu cieszyńskiego powinna zostać definitywnie załatwiona. Pojawia się potrzeba zakładania nowych kas oszczędnościowych. Jest to związane z dużymi trudnościami, trzeba się energicznie domagać większego wsparcia finansowego dla czeskich kas oszczędnościowych. Kwestia czeskich nabożeństw musi zostać ponownie rozdmuchana. Zwrócić uwagę czeskim korporacjom kulturalnym i narodowym na Śląsku Cieszyńskim, żeby pracowały ponad ramami swoich statutów i szły głębiej i agresywniej naprzód („Sokol”, strażacy).

Dąbrowa, 28 lutego 1934
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 114–115

-----------------------------
Z artykułu polskojęzycznego organu KPCz „Głos Robotniczy”
Nasze stanowisko komunistyczne jest jasne w kwestii narodowościowej, zgodne z zasadą leninowską. Deklarujemy prawo samostanowienia o sobie ludności polskiej na Śląsku Czeskim. Polacy i czescy komuniści są solidarni w tym punkcie. Żądamy dla nas prawa do samostanowienia o sobie bez długich kompromisów, bez ankiet i zwłoki; komunistyczna partia da Ślązakom, jak i Polakom, tak Czechom, gospodarcze wyzwolenie z biedy, nacjonalną wolność i świetlaną przyszłość pod sztandarem komunistycznym.
Karwina, 19 kwietnia 1934
Dariusz Miszewski Aktywność polityczna mniejszości polskiej w Czechosłowacji 1920–1938 Toruń 2002, s. 236.

-----------------------------
Z zapisu zebrania sekretarzy powiatowych SMOL 29 maja 1934 w Dąbrowej

Inspektor Menšík poleca oddziaływać na nauczycieli, aby sporządzili urzędową listę wszystkich dzieci w wieku szkolnym. Przewodniczący rad szkolnych niech powierzą tę akcję nauczycielom. Prowadzić ją od domu do domu. […]
Dyrektor [Bedřich] Štětina. Kolej koszycko-bogumińska jest najważniejszą kwestią podczas zapisów [do szkół]. 80 procent pracowników tej kolei wysyła dzieci do polskiej lub niemieckiej szkoły. W kwestii zapisów w zeszłym roku bardzo nam pomogła metoda komisariatu policji, który przeprowadził przesłuchania rodziców, dlaczego wysyłają dzieci do niemieckich szkół. Należałoby przesłuchać wszystkich pracowników, którzy według osobistego wykazu są Czechami, a wysyłają dzieci do szkół niemieckich lub polskich. […]
Prezes Holeš pyta, czy starostowie powiatu i urzędy policji będą pomagać także w tym roku. Starosta powiatu [frysztackiego] Haering oświadcza, że tak. […] Radca lasów państwowych Vicenec z Łomnej Dolnej oświadcza: […] „Jeżeli o nas chodzi, będziemy fedrować czeską sprawę tak, jak dotąd. Niestety z powodów gospodarczych musimy zatrudniać także takich ludzi, którzy są przeciw nam”. Obiecuje wszechstronne wsparcie.
Vaněk, Trzyniec. Przygotowywane jest zwalnianie robotników. Na razie nie jest to zdecydowane. Jeżeli do czegoś dojdzie, dotknie to głównie dobrze usytuowanych, Polaków i komunistów. Starosta powiatu [czeskocieszyńskiego] Gela przypomina, że o sprawie już postanowiono i że na trwały urlop pójdzie około 500 robotników, którzy 15 czerwca otrzymają wypowiedzenie. To rzeczywistość, z którą musimy się liczyć. Mowa o tym, jak uchronić naszych ludzi: przypadki naszych ludzi natychmiast zgłaszać panu Vaňkowi.
Inspektorka przedszkoli Gudrichová poleca, aby nauczycielki chodziły od domu do domu i pozyskiwały rodziców. Skutecznie działają bogate prezenty.

Dąbrowa, 29 maja 1934
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008 Warszawa 2008, s. 115–116.

----------------------------
----------------------------
Z artykułu w „Naszym Kraju”

Rzadką obchodziliśmy uroczystość narodową na starej ziemicy Piastów. Oto jedyny polski zakład średni w Czechosłowacji, Polskie Gimnazjum Realne w Orłowej, założone przed 25 laty przez TSL [Towarzystwo Szkoły Ludowej] w Krakowie i Macierz Szkolną Księstwa Cieszyńskiego, święcił uroczyście 25-lecie swego istnienia. Historyczne to wydarzenie miało przebieg bardzo uroczysty i poważny. Tłumy ludzi przybyły na urządzaną Akademię, setki zjawiły się na nabożeństwach i otwarciu Zjazdu, zwiedzono tłumnie wystawę prac byłych i obecnych uczniów i co najważniejsze, uformowano imponujący rozmiarami swymi pochód, w którym oprócz młodzieży gimnazjalnej i byłych wychowanków wzięły liczny udział umundurowane stowarzyszenia i korporacje, rodzice oraz szerokie sfery społeczeństwa polskiego na Śląsku. W pochodzie wzięło udział przeszło 5000 ludzi. Ogród Cingra nie mógł pomieścić wszystkich gości i uczestników festynu. Do późnej godziny wieczornej oblegane były formalnie wszystkie bufety. Toteż wszyscy uczestnicy uroczystości jubileuszowej powracali do domu z niezatartymi wrażeniami i wspomnieniami na przyszłość.

Orłowa, październik 1934
A jednak zostanie… W stulecie założenia Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Orłowej na Śląsku Cieszyńskim (1909–2009)  pod red. Romana Barona, Orłowa – Czeski Cieszyn 2009, s. 410–411

-----------------------------
Alojzy Nierychel (mieszkaniec Wierzniowic):

W 1935 roku tata został zwolniony z pracy w druciarni w Boguminie. Jeszcze przedtem, w 1929 roku, zbudowaliśmy dom. Była jakaś pożyczka z banku, którą było trzeba spłacać, a po zwolnieniu taty nie było z czego płacić. Jak tata był bez pracy, to dostał 15 koron, to były tzw. „żebraczenki” – taka zapomoga. Dostał 15 koron na sześcioro ludzi na miesiąc. To nie wystarczyło ani na życie, ani na umieranie. Tata pracował u rolników, kosił, pomagał, a przeważnie trudnił się „szabrem” [właściwie: „szmuglem”]. Chodził do Polski po mięso, na kilogramie mięsa zarabiał koronę. Dziesięć razy przeszedł, a jedenasty raz został złapany i znów to, co zarobił, to stracił, bo musiał zapłacić karę.
Ja jako dzieciak, miałem pięć lat, chodziłem do Polski i nosiłem trzy kilogramy mięsa. Musiałem iść dwa razy do Polski, żeby z tego coś było, bo nie było z czego żyć, była bieda. Też raz zostałem złapany przez „financa” [strażnika granicznego]. […] Przed południem mnie chwycił, a po południu znowu szedłem. […] Po polskiej stronie są kopce, my tutaj już jesteśmy w dolinie Olzy. Wracając, obserwowałem go z tych kopców, widziałem, gdzie się porusza, więc mogłem go obejść.
Mama przeważnie pracowała u rolników, kopała ziemniaki. W każdym domu była przynajmniej koza, a jak nie było kozy, to była krowa. Po żniwach zbierały się „kistki”. Jak już zboże było zebrane, zbierało się kłosy leżące pod ściernią, robiło się z nich bukiecik i w domu się to młóciło, a potem suszyło. Był młynek, więc musiało się to potem pomleć i mama piekła placki, bo na chleba nie mieliśmy pieniędzy. Od rolników potem mama dostała, jak zarobiła, taki „deputat”, ziarna według tego, ile dni tam była, ojciec też. Nie było z czego żyć. Kiełbasy nie widziałem [prawie] nigdy. […]
Tam [do Polski] chodziliśmy po chleb, kiedy na to były pieniądze. Tam był tańszy i lepszy chleb, w Polsce. Jak miałem 6 lat, to już szedłem na służbę. Siostra była starsza o dwa lata, więc już pasła krowy u cioci, a ja do tego czasu musiałem paść gęsi u dziadka. Dziadek był tutaj w gminie kowalem, miał kuźnię. Było tu kiedyś 24 rolników [właściwie: 18], więc miał pracy pod dostatkiem, bo było trzeba robić podkowy dla koni i naprawiać narzędzia gospodarcze. Też go rolnicy „zamrozili”, bo nie mieli czym płacić. Jak już chodziłem do szkoły, to też musiałem iść krowy paść.

Wierzniowice, 1935
Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA, sygn. AHM-Z-059, Relacja Alojzego Nierychela, ur. 1929.
-----------------------------
Wanda Cejnar (mieszkanka Orłowej):

Mój dom rodzinny stał blisko gimnazjum orłowskiego w dzielnicy Obroki. Nazwa ta pochodziła od stajni z końmi, które znajdowały się na tak zwanej „rajczuli”, z niemieckiego Reitschule, a tym koniom podrzucano obrok. Była to dzielnica, którą zamieszkiwali przede wszystkim Polacy. Czeskich rodzin było tam bardzo mało. Dlatego na przykład z językiem czeskim spotkałam się dopiero podczas drugiej wojny światowej. Na Obrokach się mówiło albo po polsku albo gwarą, to samo było w sklepach. Na przykład moi rodzice w ogóle nie umieli po czesku, nie mówiąc już o babci, która w ogóle nie rozumiała czeskiego. Na tych Obrokach spotkała się taka dość zwarta społeczność polska, i co było dla niej bardzo charakterystyczne to to, że nie odczuwało się żadnych różnic socjalnych. Obojętne, czy to był profesor, lekarz, kupiec, ogrodnik, górnik. […]
Nad całymi Obrokami dominowała zwieńczona mansardowym dachem bryła gmachu Polskiego Gimnazjum Realnego imienia Juliusza Słowackiego. W okolicy w większości mieszkali Polacy, przede wszystkim stare, zasiedziałe rody, jak Bałonowie, Bolkowie, Fierlowie, Kempni, Pyrchałowie, Pytlikowie, Sagitariusowie, Santariusowie, Szarowscy, a także Żabiński. Wokół budynku polskiego gimnazjum zaczęły rosnąć nowe domy, a do tych domów wprowadzali się znowu Polacy, polskie rodziny: Folwarczni, Paluchowie, Rusowie, Konieczni, Welszarowie. Gęsto rozsiane domki miały w płotach zbite ze sztachet furtki, żeby nie było trzeba chodzić dookoła. I codziennie sąsiedzi się odwiedzali, albo przynieśli coś z uboju świnki, albo owoce z dużego urodzaju, albo przychodzili na zwykłą pogawędkę o tym, co się dzieje w świecie, co dzieje się w gimnazjum, co było na balu, co było na festynie, po prostu te rzeczy się wałkowało tygodniami.
Tak że w ten sposób powstała tu taka zwarta społeczność polska, którą cechowała duża pracowitość, skromność, ofiarność. Wszyscy pracowali w polskich stowarzyszeniach i tchnął z nich życiowy optymizm i spokój. Życzliwy stosunek do innych przejawiał się między innymi w tym, że zdrabniało się imiona. Amalia była Malcią, Stanisława Staśką, Karol Lolkiem, Adolf Dolkiem, Gustaw Gustlikiem. Mój kuzyn Tadek Wratny wymyślił nawet takie pojęcie Homo sapiens obrokiensis, ponieważ ci ludzie wyróżniali się wśród reszty społeczności orłowskiej. Na przykład na okrągłych urodzinach czy imieninach bywało nawet 50 osób. W nocy przystrajano ogród właściciela girlandami, transparentami „Sto lat niech żyje nam Adlik albo Malcia”. W trakcie tych spotkań odbywały się żywe dysputy. Panowie omawiali wydarzenia światowe, każdy miał oczywiście własny pogląd na to, jak naprawić porządek świata, a panie wymieniały się kulinarnymi doświadczeniami albo rozmawiały, jak szydełkować czy robić na drutach. To pamiętam ze swojego dzieciństwa. Wielkim wydarzeniem zawsze bywało smażenie jajecznicy. Odbywało się to w sąsiadującym z Obrokami lesie Zimowódka i w przepięknej scenerii tego lasu spędzano popołudnia, czasami i wieczory, urozmaicano je wspólnym śpiewem, grą na harmonii albo recytacją własnych wierszy.

Orłowa, lata 30.
Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA, sygn. AHM-076, Relacja Wandy Cejnar, 1931–2011.

-----------------------------
Fragmenty sprawozdania kpt. Edmunda Charaszkiewicza i kpt. Wojciecha Lipińskiego z Ekspozytury 2 Oddziału II Sztabu Głównego

W styczniu 1934, na dwa tygodnie przed podpisaniem polsko-niemieckiego paktu o nieagresji (data podpisania paktu 26 stycznia 34), rozpoczęła się kampania antyczeska, inspirowana przez MSZ.
W Polsce przejawiła się ona w formie akcji prasowej imputującej Czechom gnębienie mniejszości polskiej, na terenie zaś Śląska Zaolziańskiego w działalności konsula w Morawskiej Ostrawie – [Leona] Malhomme’a, który opierając się o komitet międzypartyjny stronnictw polskich, prowadził wśród Polaków Śląska Zaolziańskiego wytężoną agitację nacjonalistyczną, propagując hasła Polski mocarstwowej. Wykorzystując swą osobistą popularność, potrafił konsul Malhomme w krótkim czasie zmobilizować opinię publiczną ludności polskiej po tamtej stronie Olzy w sensie rozbudzenia niechęci do Czechów i postawienia pod znakiem zapytania trwałości krzywdzącego przyłączenia do Republiki Czechosłowackiej powiatów zamieszkałych w znacznej większości przez ludność polską. Jedynie sfery radykalne Śląska Zaolziańskiego zgrupowane w Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, pozostającej pod wpływami PPS, przeciwstawiły się akcji konsulatu w Morawskiej Ostrawie – widząc w niej robotę polskiego MSZ, co doprowadziło w konsekwencji do wystąpienia PSPR z komitetu międzypartyjnego.
W październiku 1934 roku, a więc w osiem miesięcy po wszczęciu akcji propagandowej przez MSZ, dyrektor Departamentu Konsularnego, [Wiktor Tomir] Drymmer, zwrócił się do Ekspozytury 2 z propozycją współpracy na terenie Śląska Zaolziańskiego, z tym że sytuacja na tym terenie wymaga skierowania prac wśród ludności polskiej do podziemi. Konkretnie dyr. Drymmer postawił zadanie zorganizowania terenu celem przeprowadzenia aktów przeciwterroru w stosunku do czynników czeskich, wyróżniających się antypolską działalnością.
[…]
Organizację patroli bojowych w terenie oparto na zasadach ścisłej konspiracji. Poszczególne grupy nic o sobie nie wiedzą i działają niezależnie od siebie. Każdy z przeszkolonych ma obowiązek zwerbowania sobie w terenie kilku (najwyżej jednak 3) współpracowników. Ustalono łączność z każdą z poszczególnych grup osobno. Dla celów łączności stworzono podbiura organizacyjne na pograniczu.
Działalność swą rozpoczęły grupy bojowe już w styczniu 1935 roku – przy czym poszczególne akcje niecałkowicie odpowiadały wydanym instrukcjom. Przyczyną tego był zbyt wielki zapał i chęć wykazania swej aktywności przez poszczególnych przywódców. Do tego rodzaju akcji należą: uszkodzenie pomnika Hymnu Państwowego w Trzyńcu (30 stycznia 1935); zdemolowanie szkoły czeskiej w Karpętnej (10 lutego 1935); złamanie lipy w Olbrachcicach zasadzonej na pamiątkę 80 urodzin prezydenta Masaryka i umieszczenie na pomniku prezydenta napisu „Niech żyje Józef Piłsudski” (19 marca 1935).
Poza tym przeprowadzono kilka akcji terroru w formie pobicia lub zdemolowania mieszkań w stosunku do specjalnie nieprzychylnie do Polaków usposobionych urzędników czeskich.
Do drobniejszych akcji należy zaliczyć liczne wypadki umieszczania napisów patriotycznych i polskich godeł państwowych na budynkach, parkanach itp.
Konieczność utrzymania całego ruchu w ręku spowodowała wydanie na wiosnę 1935 surowego zakazu przeprowadzania przez poszczególne grupy jakichkolwiek akcji bez rozkazu, za wyjątkiem aktów terroru osobistego z tym, że te ostatnie nie mogą spowodować śmierci lub kalectwa.
Należy zaznaczyć, że poszczególne grupy domagały się zarządzenia poważniejszych akcji i dostarczania im broni oraz materiałów wybuchowych.
[…]
Wyniki zapisów do szkół początkowych wykazały w sierpniu 1935 ubytek dzieci zapisanych do szkół polskich. Przyczyną tego była silna presja czynników oficjalnych czeskich i pracodawców wymuszających na ludności zapisywanie dzieci do szkół czeskich, grożąc w razie oporu represjami i pozbawieniem pracy.
W związku z powyższym MSZ zwróciło się do Ekspozytury 2 z prośbą przeprowadzenia akcji demonstracyjnej w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, mającej być wyrazem protestu przeciw przymusowej czechizacji dzieci polskich.
[…]
W wyniku akcji przeprowadzonych przez patrole będące w dyspozycji Ekspozytury 2 zostało zdemolowanych w większym lub mniejszym stopniu 16 szkół czeskich na całym terenie Śląska, w tym gimnazjum państwowe w [Czeskim] Cieszynie.
Większość akcji polegała na wybiciu szyb w lokalach szkolnych i mieszkaniach nauczycieli czeskich. W kilku wypadkach zniszczono pomoce szkolne i usunięto godła państwowe czeskie. Niektóre akcje przeprowadzono przeciw szkołom pilnowanym przez żandarmerię. Były wypadki ostrzeliwania bojowców przez żandarmów.
Już pierwsze akcje wywołały niepokój wśród czynników urzędowych i ludności czeskiej. Akcje przeciw szkołom stworzyły atmosferę popłochu. Prasa czeska uderzyła na alarm, wzywając władze do wydania zarządzeń, które by wpłynęły uspokajająco na ludność. Do Pragi wyjechała delegacja złożona z przedstawicieli wszystkich organizacji czeskich celem interweniowania u rządu. W konsekwencji wydano szereg zarządzeń zapobiegawczych i wzmożono represje. Wzmocniono znacznie stan żandarmerii i sprowadzono do Cieszyna kompanię wojska.
[…]
Członkowie organizacji to ludzie młodzi o wysokim poziomie ideowym. Pracują zupełnie bezinteresownie z myślą, że działalność ich przyczyni się do połączenia obu części Śląska Cieszyńskiego w granicach państwa polskiego. Rekrutują się przeważnie ze sfer robotniczych. W chwili obecnej Ekspozytura rozporządza 9 przeszkolonymi przywódcami patroli bojowych, którzy dysponują 22 wtajemniczonymi bojowcami. Dalszy werbunek i szkolenie zostało chwilowo wstrzymane ze względu na obawę zbytniej rozbudowy organizacji i zwiększenie przez to możliwości dekonspiracji.

Warszawa, 31 października 1935
Kazimierz Badziak, Giennadij Matwiejew, Paweł Samuś „Powstanie” na Zaolziu w 1938 r. Polska akcja specjalna w świetle dokumentów Oddziału II Sztabu Głównego WP Warszawa 1997, s. 50–53.

-----------------------------
Janina Glajcar (córka Jana Ciemały, wójta Wędryni, właściciela gospody):

W 1936 roku ojciec był nawet aresztowany. Był cierniem w oku, jak tu tych Czechów trochę przyszło. […] Ciągle go nie mogli usunąć, bo wciąż był wybierany na nowo. W 1936 roku zaostrzyły się czesko-polskie stosunki i jego zamknęli jako polskiego szowinistę. Trzy tygodnie był aresztowany. Dom nam przewrócili do góry nogami. Ojciec był odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, który dostał od państwa polskiego. Robili nam tu straszną rewizję. Myśleliśmy, że chcą zabrać nam ten krzyż. Ale pomogła Opatrzność Boża, bo krzyż był na górze w pokoju w takim futerale, nieukryty zupełnie, a oni przeszli obok tego, pominęli. Nie mamy żadnych pamiątkowych książek, bo wszystko nam pozbierali. Mieliśmy pięknie oprawione numery „Zarania Śląskiego”, „Gwiazdki Cieszyńskiej”. Wszystko nam pozbierali, dosłownie wszystko i nie zwrócili, choć obiecali. To byli żandarmi. Wywozili to autem, ładowali wszystko do auta. Ludzie zebrali się i obserwowali. Nawet w stodole dźgali do słomy bagnetami szukając nie wiadomo czego, może broni. Ojciec był w areszcie w Ostrawie. Matka była za nim dwa razy. Mieliśmy akurat remanent, więc matka musiała się z ojcem kontaktować, bo nie znała się na prowadzeniu interesu.
Aresztowano też pana [Jana] Ofioka i pana [Pawła] Mamicę z Końskiej. Oni działali w hotelu „Polonia” w [Czeskim] Cieszynie [łącznie aresztowano wtedy około 20 osób - GG]. Tata tam był skarbnikiem, Ofiok był przewodniczącym, a pan Mamica zajmował się sprawami gospodarczymi. Pisano o tej sprawie w gazetach, powstawały ulotki. Moja matka pojechała załatwić coś do [Czeskiego] Cieszyna i powiadała potem, że w Czeskim Cieszynie jacyś ludzie krzyczeli, że udało się zamknąć przestępczą szajkę. Tymczasem Mamica został już wypuszczony, jak to usłyszał, to pobiegł za tymi ludźmi z krzykiem: „Jak Ci tu gichnym jednóm, tak ci sie odniechce. Jo tu je, jo nima zamkniynty”. No i taki zamęt zrobił się koło tego. Po trzech tygodniach ojca wypuścili. Czesi byli na koniu, bo myśleli, że już ojcu nie pozwolą być wójtem, a tu nic. Był dalej wójtem, nic nie zrobili. Cały czas szukali jakiejś okazji, żeby mu coś udowodnić, a nie mogli mu nic udowodnić.

Wędrynia, styczeń–luty 1936
Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA, sygn. AHM-044, Relacja Janiny Glajcar, 1925–2007.

-----------------------------
Łada Krumniklowa

Byłam jedynaczką – mój starszy braciszek zmarł, kiedy miał zaledwie trzy miesiące – więc rodzice bali się o mnie. Matka często powierzała mnie opiece starszych dzieci sąsiadów. Przeważnie byli to chłopcy, którzy chodzili do czeskiej szkoły. Ja chodziłam do szkoły polskiej, do „ludówki” – szkoły ludowej. Moi czescy „opiekunowie” bardzo mnie pilnowali, zawsze odprowadzali aż pod szkołę, żeby nic mi się nie stało. Różnie się mówi o Czechach i Polakach na Zaolziu, ale ja w dzieciństwie miałam bardzo dobre doświadczenia.
Księżmi na naszym terenie byli Polacy, Czesi i Niemcy, ale wszyscy mówili „po naszemu”. Na polskim pogrzebie czeski ksiądz mówił po polsku, na niemieckim – po niemiecku. Wszyscy przychodzili do kościoła, każdy miał swoje msze. Czesi śpiewali po czesku, ale chodzili też na polskie nabożeństwa, tym bardziej, że część z nich pochodziła z polskich rodzin. W Boguminie większość mieszkańców stanowili katolicy, ale był też kościół ewangelicki. Tuż obok polskiej szkoły stała synagoga. Żydów było sporo, ale specjalnie się nie wyróżniali.

Nowy Bogumin, lata 30.
Zaolzie. Polsko-czeski spór o Śląsk Cieszyński 1918–2008  Warszawa 2008, s. 25

-----------------------------
Alojzy Nierychel

Jak sprzedaliśmy dom, to w 1936 roku go kupił wujek, szwagier taty. On był strasznym Czechem, a ja wtedy chodziłem do pierwszej klasy polskiej szkoły. On wtedy powiedział: „Jak nie dosz synka do czeski szkoły, tak cie wyciepiym z chałpy”. Co wtedy miał tata robić? To mnie dał do czeskiej szkoły. Koledzy go potem namawiali: „Tóż Janek, tyś je Polok, a synka posyłosz do czeski szkoły?”. Więc za rok znów szedłem do polskiej szkoły.

Wierzniowice, 1936–37
Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA, sygn. AHM-Z-059, Relacja Alojzego Nierychela, ur. 1929.

-----------------------------
Poseł Karol Junga w przemówieniu w Sejmie Krajowym w Brnie w 1936 roku:

Mniejszość polska w Czechosłowacji ma specjalną misję do spełnienia, tworząc most porozumiewawczy pomiędzy dwoma słowiańskimi państwami, pomiędzy Czechosłowacją i Polską. Mniejszość polska w Czechosłowacji jest częścią narodu polskiego i dlatego cierpienia i bóle tej mniejszości są cierpieniami i bólem całego narodu polskiego. Naród polski niezliczone razy wyraźnie podkreślił, że przez cmentarzysko swej części znajdującej się w Czechosłowacji nie poda przyjaznej dłoni narodowi czeskiemu. Zupełnie takie same stanowisko zajął rząd polski, który ustami ministra spraw zagranicznych [Józefa Becka] wyraźnie zaznaczył, że stosunek Polski do Czechosłowacji jest zależny od traktowania mniejszości polskiej. Rolę naszą jako mostu porozumiewawczego ze strony polskiej zaakceptowano i to tak ze strony rządu, jak i narodu polskiego, i dziwić się trzeba, że znajduje się wśród polityków czechosłowackich opinia, iż w razie zmiany ministra spraw zagranicznych w Polsce, na to zagadnienie zapanuje inne zapatrywanie. […] Mniejszość polska w Czechosłowacji ma tak jak każda inna mniejszość zapewnione wszelkie prawa egzystencji i rozwoju w ustawie zasadniczej, czyli konstytucji republiki, w ustawie językowej oraz w ustawach o szkolnictwie. […] Niestety wszystkie uprawnienia pozostały martwą literą, a umowy świstkiem papieru. Jeżeli się je wprowadza przez władze w życie, to w wielu wypadkach tylko dla formy, bo duch postępowania wobec nas pozostanie wrogi i na każdym kroku jasno uwydatnia się tendencja ukracania i odmawiania praw oraz systematycznego wynaradawiania.

Brno, 14 października 1936
Postulaty ludności polskiej w Czechosłowacji. Przemówienie wygłoszone przez posła K. Jungę na posiedzeniu Zastępstwa kraj. w Bernie dnia 14 paźdz „Nasz Kraj” z 16 i 17 października 1936

-----------------------------
Z odezwy Związku Polaków w Czechosłowacji:

By móc skuteczniej wpłynąć na los naszej polskiej narodowości w tym państwie i na ukształtowanie egzystencji i dobra naszego ludu, stworzyliśmy jeden, wspólny polityczny związek całej naszej polskiej ludności: Związek Polaków w Czechosłowacji.
Dotychczasowe stronnictwa polityczne – Związek Śląskich Katolików i Polska Partia Ludowa – przestają odtąd istnieć jako czynnik polskiej polityki narodowej, a występowanie w sprawach narodowych i obrona polskiego ludu w Czechosłowacji w sprawach politycznych przechodzi na Związek Polaków w Czechosłowacji.
Z Polską Socjalistyczną Partią Robotniczą chcemy utrzymywać dobre stosunki i współpracować z nią dla dobra polskiego ludu.
Cele nasze wynikają z obowiązków naszych wobec naszego narodu i naszego ludu.
Nie ustaniemy w walce o nasze prawa:
– nim nie zostanie przywrócony polski narodowy stan posiadania z czasów przed rozdziałem Śląska Cieszyńskiego,
– nim nasz polski lud nie uzyska zupełnego równouprawnienia,
– nim nie zyska zupełnej możności utrzymania życia i słusznej egzystencji na ziemi swych przodków,
– nim na jakimkolwiek bądź stanowisku przy równej fachowej kwalifikacji będą mieli pierwszeństwo obcy przybysze,
– nim nie zostaną stworzone niewzruszone gwarancje narodowego rozwoju, tak dla całości naszej narodowej grupy, jak i pojedynczych jej członków.
[...] Związek Polaków w Czechosłowacji przeto domagać się będzie, na wzór innych grup narodowych w tym państwie, narodowej autonomii w ramach Republiki Czechosłowackiej także dla ludności polskiej.

Czeski Cieszyn, 28 marca 1938
„Dziennik Polski” Czeski Cieszyn, 29 marca 1938